Site icon All About Music

Drugi dzień Tyskie Fest w Parku Śląskim. Relacja Nikoli Niny Skopowskiej

Żywiec w sobotę zakończył swoją muzyczną podróż po Polsce z Męskim Graniem, Tyskie nie chciało pozostać gorsze z jedną różnicą…

26 sierpnia był drugim dniem Tyskie Beer Fest, mini festiwalu, który według organizatorów miał być wydarzeniem muzyki, piwa i zabawy. Zamiast uczy muzycznej można było się poczuć, jak na typowej rodzinnej imprezie, z tą różnicą, że udział był zupełnie dobrowolny.

Można zrozumieć biesiadną atmosferę biorąc pod uwagę miejsce koncertów oraz organizatora. Niestety mimo wydzielonej strefy, klimat ten unosił się również przy głównej scenie.

Jak zwykle na tego typu imprezach nie zabrakło prowadzących, choć zamiast profesjonalnych konferansjerów przypominali oni bardziej typowych wujków przy stole. Kloaczne żarty, niesmaczne uwagi, a to wszystko to przeplatane alkoholem oraz oczywiście krępującymi konkursami, które zamiast umilić oczekiwanie osobom pod sceną bardziej je odstraszały.

Będąc już przy porównaniach, warto napisać o wokalistce, która przez cały swój występ aż do bólu przywoływała mi na myśl typową ciocie Klocie. Mowa tu o Ani Dąbrowskiej, której twórczość dotychczas kojarzyłam jedynie z radia. Na jej koncert udałam się z nadzieją, że przekona mnie do siebie I zainteresuje swoją twórczością. Niestety już na wstępie zasmucił mnie brak dbałości o szczegóły. Sposób w jakie były ubrane chórki, całkowicie zwracał uwagę w negatywny sposób. Można zrozumieć, że na dworze było zimno, ale każda z pań miała kurtkę z innej bajki, co bardzo się gryzło. Sama Ania wyglądała jak gdyby dopiero co wstała z łóżka, gdyż miała na sobie satynową sukienkę a na niej kwieciste kimono, wyglądające po prostu jak szlafrok.

Sam występ był zupełnie bez wyrazu. Ania nie jest to mało znaną artystką, a niestety po piosence Porady na zdrady – najpopularniejszej z ostatnich utworów wokalistki, można było zauważyć wiele osób uciekających spod sceny. Mam nadzieję, że po prostu spieszyli się na autobus, ale utwierdzili mnie w przekonaniu, że koncert był po prostu słaby. W tłumie można było zauważyć osoby śpiewające razem z Anią, co świadczy o tym że jednak sporo osiągnęła i ma rzeszę wiernych fanów. Najbardziej wartym uwagi momentem była piosenka gitarzysty AniRoberta Cichego, który gościnnie wykonał ją, promując swoją debiutancką płytę. Wszyscy byli zainteresowani jego kompozycją dużo bardziej niż samym występem Dąbrowskiej.

Mrozu, który występował przed wokalistką, był całkowitym jej przeciwieństwem. Od razu złapał świetny kontakt z publicznością i rozgrzał wszystkich w ten zimny, sierpniowy dzień. W jego wykonaniu można było usłyszeć takie utwory jak 1000 metrów nad ziemią, Jak nie my to kto czy Nic do stracenia, ale też mniej znane jak na przykład Sierść. Nawet dla kogoś, kto był słabo obeznany z jego twórczością, pozytywna energia płynąca ze sceny sprawiała, że chciało być pod sceną. Mrozu porwał wszystkich swoim urokiem osobistym i charyzmą. Publiczność rozruszała się i było widać, że wszyscy świetnie się bawili.

Tuż po tym jak niebo pokryła noc, na scenie pojawiła się postać o niebanalnym charakterze i wyglądzie. Pod wielką peruką i luźnym kombinezonem kryła się Katarzyna Nosowska. Sprawiła ona rzecz niesłychaną i nieprzewidywalną. Wystąpiła z nowym materiałem, który nie jest jeszcze ogólnodostępny, a miejsce pod sceną było całkowicie zapełnione. Co najważniejsze uczestnicy imprezy szaleli do rytmu nasyconych elektroniką aranżacji.

Ja pas, które od czterech miesięcy króluje w internecie, obudziło każdego. Można było usłyszeć tłum krzyczący tekst refrenu razem z Nosowską. Ogień płynący ze sceny sprawił, że łatwiej było przetrwać niską temperaturę i jesienną aurę, panującą na dworze. Katarzyna może nie jest najbardziej wygadaną wokalistką na świecie I widać u niej nieśmiałość pomimo tylu już lat występów przed publicznością. Jednocześnie jej krótkie anegdoty z życia śmieszyły, dziwiły i tworzyły unikalną więź z odbiorcami. Kiedy wokalistka zwalniała tempo, ludzie stali uważnie wsłuchani w to, co miała im do przekazania.

Po wykonaniu ostatniego utworu artystka została nagrodzona owacjami. Tłum bił brawo i prosił o więcej. Niestety okazało się, że to wszystko na nic. Na scenie pojawili się wcześniej wspomniani prowadzący z wiadomością, że niestety nie ma już czasu na bis, który początkowo był przewidziany. Organizatorzy wiele stracili w oczach publiczności ogłaszając tę informację. Można było usłyszeć buczenie, ale też negatywne uwagi pod kątem samej imprezy. Wiele osób opuściło po tej informacji teren festiwalu, nie czekając na ostatniego wykonawcę, jakim był Miuosh.

Ten ostatni artysta również zasługuje na miano gwiazdy wieczoru. Mimo, że nie jestem wielką fanką polskiego rapu Miuosh moim zdaniem wypadł na prawdę dobrze i słuchając go bawiłam się na prawdę nieźle.

Organizatorzy wydarzenia niestety muszą jeszcze wiele się nauczyć. Warto pomyśleć nad inną formą gospodarowania czasem między wykonawcami, niż żenujące konkursy taneczne. Były one zupełnie niepotrzebne i tylko psuły odbiór koncertów, a nie umilały czas jak zapewne założyli sobie pomysłodawcy. Jeśli chodzi o sam dobór wykonawców, można pochwalić twórców Festu za różnorodność, bo każdy mógł tam znaleźć coś dla siebie.

https://www.instagram.com/p/Bm9BaeuhK1d/?taken-at=219943310
Exit mobile version