Site icon All About Music

Drugi album nowego Stinga. Sam Fender – Seventeen Going Under, 2021 (recenzja)

8 października, do sprzedaży oraz sieci trafił drugi album brytyjskiego wokalisty, kompozytora oraz aktora, Sama Fendera. Gdy wydawał w 2019 roku swój debiutancki krążek, okrzyknięto go nowym Stingiem. Czy nadal zasługuje na to miano? Oczywiście aby się o tym przekonać, trzeba się zagłębić w zawartość jego najnowszego „dziecka”, czyli Seventeen Going Under. Znalazło się na nim 11 kompozycji w edycji standardowej, zaś w deluxe 16.

Miałem możliwość recenzowania jego poprzedniej płyty, dlatego fajnie jest spojrzeć z perspektywy czasu na to, jaki artysta wykonał postęp, jak się rozwinął zarówno od strony songwritingu oraz kompozycji. Jedno jest pewne, Sam zdecydowanie urósł w kwestiach wokalnych. Już wtedy jego barwa była unikatowa. Nie bez powodu zresztą okrzyknięto go nowym Stingiem. Nie tylko ze względu na jego głos, ale także fakt, że występuje na scenie z gitarą. Sam tworzy, pisze tekst, komponuje. W jego głosie słychać charyzmę podobną do tej, którą ma właśnie Sting. Ale może już wystarczy o tych porównaniach. Ważne jest by artysta miał swój własny, unikatowy styl, który będzie go wyróżniał pośród innych np. z tego samego nurtu muzycznego. Fender próbuje właśnie coś takiego stworzyć. Co prawda czasami wychodzi z tego muzyczna papka, przekładająca się na niemalże identyczne melodie, utwory grane na jedno kopyto, co może trochę znudzić.

Utwory zawarte na albumie, to opowieść o życiu artysty, jego młodzieńczym życiu. Zmaganiach z trudnym wychowaniem, złamanym sercu oraz życiowych tragediach. Całość otwiera jeden z singli, tytułowe Seventeen Going Under. Przemieszany stylistycznie, trochę indie, trochę alternatywy. Muzycznie osadzony nieco w latach 80tych. Delikatna ballada rockowa, ale z pazurem. Po nim mamy coś o czym wspominałem, czyli niemalże identyczny muzycznie utwór, Getting Started. Jedyne co się zmieniło, to zdecydowanie wyraźniejsza linia basu, która prowadzi pozostałych muzyków. Jednym z moich faworytów jest zdecydowanie mocne Aye. Brzmieniem odbiega od reszty utworów zebranych na albumie, co osobiście mi się podoba. Artysta śpiewa w nim o politycznej polaryzacji, protestach, kwestiach politycznych i różnicach majątkowych między ludźmi. W refrenach głos Sama wchodzi w bardzo wysokie rejestry jak dla męskiego wokalu. Da się niestety wyczuć, że na dłuższą metę jego głos się w nich męczył.

Kolejnym przyjemnym dla ucha utworem jest Get You Down. Oczywiście brzmi jak dwa pierwsze, ale ma w sobie coś takiego, co pozwala mu zapaść w pamięć słuchacza. Dynamiczna stopa perkusji w zwrotkach, pobudza do samodzielnego wybijania rytmu. Jednak największym smaczkiem dla ucha jest tu solo na saksofonie! Później pojawia się kilka mniej wyrazistych kompozycji, chociaż nie bez znaczenia dla artysty. W Spit Of You, Sam śpiewa o śmierci swojej babci, reakcji jego ojca na tę sytuację. Trudne przeżycia są dla niego punktem odniesienia przy tworzeniu piosenek na ten album. W tekstach da się zauważyć, jak rósł on i stawał się silniejszy stawiając czoła przeciwnościom losu. Wartym zatrzymania się przy nim na moment jest The Leveller. Podoba mi się w nim to, w jaki sposób poprowadzona została partia perkusji. Nie należy ona do najłatwiejszych, a jednocześnie sprawia, że utwór zyskuje dynamiki. Dopełnia ją monotematyczna linia basu, energiczna gitara oraz trochę elektronicznego brzmienia. Głos artysty wybrzmiewa w tej kompozycji inaczej niż zazwyczaj. Na koniec mamy porywającą i mięsistą jak mawiają gitarzyści solóweczkę.

Po takiej petardzie mamy marną balladę, a więc utwór Mantra. Na szczęście zaraz wchodzi kolejne mocne uderzenie – Paradigms. W refrenach jego głos znów może rozwinąć skrzydła i wybrzmieć w pełni. Krążek zamykają melancholijne The Dying Light oraz pełne przeróżnych dźwięków Better of Me.

Po 2 latach od Hypersonic Missiles zauważam u Sama postęp. Widać i przede wszystkim słychać, że dużo pracował nad tym, aby stać się lepszym artystą, kompozytorem i tekściarzem. Wokalnie album stoi na bardzo wysokim poziomie, jak na męski wokal. Jest to na pewno barwa, która jest inna od większości słyszanych w stacjach radiowych. Muzycznie również nie mam się do czego przyczepić. Oczywiście jeśli mówimy i patrzymy na samą jakość i kunszt. Bo już to, że sporo kompozycji brzmi tak samo, jest jednak powodem do zawodu. Mając dużo czasu, Sam mógł postarać się o nico większe urozmaicenie swoich kompozycji. Dużym plusem jest to, że w niektórych utworach wybiegał poza pewne ramy, do których przyzwyczaił swoich słuchaczy jak np. Aye, albo The Leveller. Widzę w nim duży potencjał i mam nadzieję, że jego nowa muzyka będzie jeszcze lepsza i dojrzalsza. Jak widać po Seventeen Going Under, można w 2 lata dopracować u siebie swój muzyczny warsztat.

Exit mobile version