Przez ostatnie kilkanaście miesięcy nie było ani jednej chwili, aby jej imię nie wybrzmiało w medialnym eterze. Amerykanka Doja Cat szturmem zawładnęła międzynarodowym przemysłem muzycznym, której rządy miał utrwalić trzeci studyjny album pod tytułem Planet Her. Pytanie tylko czy ta planeta jest rzeczywiście warta eksploracji, gdy na mapie muzycznej galaktyki roku 2021 już jest gęsto od znakomitych nowości. Sprawdźmy zatem!
Osobiście nie spodziewałem się, że Planet Her trafi do nas tak szybko, tym bardziej, gdy poprzednie dzieło Doja Cat, czyli Hot Pink, recenzowałem nie tak wcale dawno. Najwidoczniej wytwórnia Kemosabe wyczuła dobre pieniądze nosem, aby decydując się na natychmiastowe przyśpieszenie, podtrzymać zainteresowanie swoją podopieczną zarówno wśród publiczności, jak i internetowych algorytmów. By tego było mało, zwiastujące krążek single Kiss Me More oraz Need To Know, nie wzbudziły we mnie szczególnie ekstatycznych reakcji. Mimo to byłem ciekaw co takiego zapowiadały, gdy rzekomo miało być więcej różnorodności Hot Pink, przy jednoczesnym zachowaniu spójności oraz wysokiej jakości. Niestety, ale z tych obietnic pozostało niewiele…
Planet Her to album przyzwoity i to w zasadzie byłoby na tyle. Poza wspomnianymi już singlami oraz wypuszczonym wraz z jego premierą You Right, nic szczególnego się tam muzycznie nie dzieje. Eklektyzmu jego poprzednika kompletnie brak, ba, to w zasadzie jedna melodia, w czternastu różnych stylistycznych wariacjach. Nawet sama Doja Cat wydaje się zupełnie wypruta ze charakterystycznych dla siebie zabaw głosem czy innych raperskich wokaliz – a gdy już się pojawiają, nieszczególnie zwracają na siebie uwagę. Planet Her ma za to całą resztę, czyli świetną produkcję oraz spójność, choć w przypadku tego drugiego nie jestem pewien, czy jest to rzeczywiście zaleta.
Dodatkowo, Planet Her zupełnie jest wyprany z wywrotowego charakteru Doja Cat. To doprawdy niewiarygodne jak piosenki napisane przez swojego autora mogą jednocześnie nie mieć za grosz jego autorskości, chyba, że to nie on za nie odpowiada. W końcu niezliczone są historie o tym jak to wielkie gwiazdy pokroju Jennifer Lopez nie napisały swoich „najbardziej osobistych” piosenek, ba, nawet ich nie zaśpiewały. Przynajmniej trzy razy zastanawiałem się czy to rzeczywiście śpiewa ta nie do końca poważna Amerykanka. Zresztą to nie pierwszy raz, gdy odnoszę takie wrażenie… Tym bardziej zabawne jest to, że Planet Her brzmi niczym album z katalogu Ariany Grande. Gdyby zamienić wokale Cat na te Grande, a może i nawet nieco zmodyfikować już te nagrane – nowy album Ariany jak się słyszy. Zresztą I Don’t Drugs jest tego świetną próbką, niestety.
Tym samym, Planet Her kompletnie brakuje oryginalności i eklektyczności, którą Doja Cat w sobie ma i nie raz nam to już udowodniła. Obawiam się niestety, że to wytwórnia nie pozwoliła jej na stworzenie swojego albumu, bo czas to pieniądz, a jej czas nie będzie trwać wiecznie, prawda? Planet Her jest skierowany pod masowego odbiorcę, licząc na silną obecność tego krążka w mediach społecznościowych, gdzie ten typ muzyki póki co się sprawdza. Jak jednak wiadomo, tworzenie pod sukces niekoniecznie idzie z nim w parze, a przynajmniej tak spektakularnym, jaki dokonał się za sprawą Hot Pink.
Tak jak już wspomniałem, produkcyjnie Planet Her niczego nie brakuje. Nie uświadczymy tu żadnych dziwnych dźwięków, ani wyborów artystycznych, które mogłyby razić swoim niedopasowaniem do entourage‘u tego krążka. Jeśli chodzi o warstwę liryczną, to nadal podtrzymuję swoje zdanie – Doja Cat umie pisać i nie są jej obce przebłyski literackiego geniuszu, choć brak w nich jakiegoś bardziej istotnego przesłania. Typowe pisanie popowych piosenek w roku 2021, ot co. Jednocześnie niestety muszę przyznać, że Doja wydaje się w tym wszystkim bardzo stłamszona. Próżno mi tu szukać radości z napisanych przez nią tekstów, a tym bardziej ich późniejszego wykonywania.
Co zatem najlepiej wybrzmiewa na Planet Her? W zasadzie poza singlami, ciężko jest mi dokonać jakiegoś konkretnego wyboru. Woman jest ciekawą propozycją – minimalistyczna i w zasadzie daleka od dominującej na krążku mieszanki R&B oraz trapu. Naked ładnie kontynuuje to, co zaczęło Woman, jednak im więcej razy go przesłuchałem, tym bardziej mnie nudził. Przeciwieństwem Naked stały się dla mnie Love To Dream oraz Been Like This, które powoli wybijały się na tle tej dość nijakiej stawki. Co do rozszerzonej wersji Planet Her, nie skreślam tych dodatkowych czterech utworów, które są w istocie ciekawsze od części tych, które znalazły się na bazowej wersji tego albumu. Wracając jeszcze do singli, to zdecydowanie wygrywa Kiss Me More, gdy zarówno You Right i Need To Know nie należą do najambitniejszych piosenek kiedykolwiek. Mimo wszystko duet z The Weekndem wypadł lepiej, również w swej dłuższej wersji, dlatego w najbliższym czasie będę do niego wracać.
Planet Her po prostu istnieje, ale z pewnością odniesie taki, czy inny sukces. Pytanie tylko, czy to nie jest powolny koniec Doja Cat, której dotychczasowe osiągniecia nie poskutkowały dalszymi eksperymentami. To nie jest album zły, ale nie jest to też album na tyle dobry, by wywarł na mnie jakiś większy wpływ. Szkoda, bo liczyłem na intergalaktyczną rozpierduchę, a dostałem przeciętny i przyziemny dzień na Tik Toku. Wracam na swoją planetę!
