Site icon All About Music

Nudle na głowie, miałkie brzmienie – dlaczego nie lubimy Nickelbacka? Felieton Kuby Koziołkiewicza

Z jednej strony rzesze fanów, ogólnoświatowe trasy koncertowe oraz miliony sprzedanych albumów. Z drugiej zmasowana krytyka antyfanów, mediów oraz tych wszystkich, dla których ci Kanadyjscy muzycy to pseudorockowy twór, a nie pełnowartościowy zespół. W takim razie odpowiedzmy sobie na jedno, proste pytanie: dlaczego nienawidzimy Nickelbacka?

Zanim rozpocznę dywagacje, chciałbym od razu przedstawić swoje stanowisko wobec tematu: od 2 klasy gimnazjum jestem fanem grupy. Przetrwałem z nimi okres ich nagłej, wielkiej popularności. Jestem z nimi w obecnej fazie zmasowanej krytyki ze wszystkich możliwych stron. Będę, dopóki nie zakończą kariery.

Oto kilka faktów, których żaden – nawet największy hejter Nickelbacka – nie jest w stanie podważyć. Taka mała rozgrzewka przed częścią właściwą tego tekstu:

No właśnie – pokonują w USA takich brytyjskich gigantów jak Pink Floyd, The Rolling Stones czy Led Zeppelin. Oczywiście, osoby nieprzychylne grupie mogą wypunktować, że Floydzi i Zeppelini zakończyli swoje działalności i nie wydają płyt od wielu lat, że Stonesi od końca lat 80. to zespół bazujący tylko na wielkich koncertach, a nie na wielkich płytach. Ale prawda jest taka, iż Nickelback to – w porównaniu do wymienionych legend – kapela stosunkowo młoda. Powstała w 1995 roku, a pierwszą płytę – wydaną w nakładzie nieprzekraczającym 10000 sztuk – opublikowała rok później. W prawdzie wymienieni wyżej giganci sprzedali w całej historii w Stanach więcej płyt (chociażby z racji tego, że kiedy zdobywali popularność członków Nickelbacka nie było na świecie), to pokonanie w zestawieniu takich ikon rocka po roku 2000 jak Muse czy Coldplay musi robić wrażenie. Ustalmy też kolejny istotny fakt – Nickelback prócz wielu hejterów posiada rzesze oddanych fanów, dla których obecna fala krytyki jest po prostu niezrozumiała. Ten artykuł piszę między innymi właśnie w ich imieniu. Przyjrzyjmy się krok po kroku temu, jak cienka jest granica między uwielbieniem, a nienawiścią.

Początek XXI wieku to dla Nickelback’a złoty okres. Odczuli wtedy efekt wydanej w roku 1998 (reedytowanej w 2000) płyty The State, która rozsławiła ich nie tylko w rodzimej Kanadzie, ale także Stanach Zjednoczonych. O zespole pisało się w samych superlatywach: że w ciekawy sposób interpretują muzykę post-grunge’ową, że posiadają bardzo charyzmatycznego wokalistę Chada Kroegera, obdarzonego charakterystycznym, zachrypniętym głosem. Klasyczna wazelinka. Potem był krążek Silver Side Up, wprowadzający kanadyjską grupę do panteonu sław i otwierający im drogę do stadionowych koncertów. Album sprzedawał się świetnie, pomimo tego, że został wydany w najgorszym dniu współczesnej historii Ameryki – 11 września 2001 roku. Nawet to nie przeszkodziło Chadowi i spółce stać się ulubieńcami Ameryki oraz Europy. Chyba każdy z nas pamięta czas, gdy utwór How You Remind Me leciał w radiu średnio 2 razy na godzinę. Nikt – nawet sam zespół – nie mógł przypuszczać, że za parę lat Nickelback stanie się obiektem jednej z największych nagonek skierowanych w stronę kapeli rockowej.

Nieśmiałe początki złego nastąpiły już w roku 2002 za sprawą jednego z koncertów. Kanadyjczycy występowali na jednym z portugalskich festiwali jako gwiazda wieczoru. Niestety, publiczność była nastawiona dosyć negatywnie do tego koncertu. Zanim zespół w ogóle wszedł na scenę, w jej kierunku zaczęły lecieć puste butelki oraz wszystko, co można było odnaleźć na ziemi. Publika buczała, gwizdała, co raczej nie napawało headlinera imprezy optymizmem. Ich wejście na estradę niczego nie zmieniło, a jedynie podjudziło widownię. W trakcie wykonywania drugiego utworu Chad Kroger przestał grać na gitarze i zapytał wprost, czy zebrani chcą posłuchać trochę rock and roll’a, czy wolą pójść do domu. W odpowiedzi otrzymał cios butelką w głowę, rzuconą przez jednego z „fanów”. Lider Nickelbacka pokazał środkowego palca i wraz z resztą grupy opuścił scenę…

Pierwsza fala krytyki związanej z brzmieniem grupy nastąpiła w 2003 roku, po wydaniu płyty The Long Road. Obiektem „besztu” stała się promująca album piosenka Someday. Problemem było to, że brzmiała niemal identycznie jak ich hit How You Remind Me, pochodzący z poprzedniego krążka. Zarzucono kapeli brak inwencji twórczej i „upopowienie” swojej muzyki. Nikt nie zwracał uwagi na to, iż na płycie prócz wspomnianego Someday znajdowało się jeszcze 10 kompozycji, utrzymanych w post-grungowym oraz metalowym brzmieniu. Tak, dobrze czytacie- metalowym. (Jeśli mi nie ufacie, zalecam przesłuchanie jej.) A najgorsze miało dopiero nadejść.

Punkt kulminacyjny to rok 2005 i wydanie albumu All the Right Reasons. Z jednej strony to najlepiej sprzedający się krążek w historii grupy, z drugiej to album, od którego zaczęło się trwające do dnia dzisiejszego hejtowanie Nickelbacka. Co sprawiło, że ludzie nagle przestali wielbić kwartet z miejscowości Hannah w Kanadzie? Nie wiem. Odpowiedź banalna, ale prawdziwa. Płyta ta rzeczywiście posiadała pop- rockowe kompozycje takie jak Photograph, Rockstar czy Savin’ Me, ale czy to powód, by od razu mieszać z błotem co jak co, ale naprawdę fajny zespół? W mojej opinii nie, jednak historia pokazała, że kariera Chada Kroegera i spółki nie jest usłana różami. Z jednej strony tłumy na koncertach i miliony rozchodzących się płyt, z drugiej nagonka i beszt niczym na artystę pokroju Justina Biebera. A jaka jest prawda? Teraz zabawię się w Mariusza Maxa Kolonko i powiem Wam JAK JEST.

Zacznijmy od najważniejszego. Od wspomnianej płyty All The Right Reasons Nickelback rozpoczął taktykę, która sprawdziła się. Mianowicie, nagrywają po 2-3 piosenki w lekkim brzmieniu, z wpadającą w ucho melodią i chwytliwym refrenem. One trafiają do radia, które lansuje je w swoich programach. Dzięki temu słuchacz dowiaduje się o nowej płycie zespołu, lub zapoznaje z jego twórczością. A następnie kupuje ją w sklepie, iTunesie, albo rżnie ją z neta. Załóżmy jednak ten optymistyczny wariant, że jednak za nią płaci… Ostatnie 3 płyty Kanadyjczyków pokazują, iż moja teoria się sprawdza. Na albumie All The Right Reasons znalazły się już wspomniane pop-rockowe Savin’ Me, Photograph i Rockstar. Na Dark Horse z 2008 roku – Gotta Be Somebody czy This Afternoon. Na ostatniej studyjnej płycie Here And Now z 2011 When We Stand Together i Trying Not To Love You. Reszta piosenek na tych krążkach to w większości stary, ostro łojący Nickelback, znany ze swoich najlepszych lat. Jednym z wielu przykładów jest kompozycja Side of A Bullet, nagrana ku czci Dimebaga Darrella – byłego gitarzysty Pantery, który został zastrzelony w czasie swojego koncertu w 2004 roku. W utworze tym znalazła się niewykorzystana, znaleziona na komputerze zmarłego muzyka solówka gitarowa, a piecze nad produkcją tego kawałka trzymał brat Dimebaga – Vinnie Paul.

Przyznajcie sami przed sobą: bardzo często nagonka na Chada Kroegera i resztę zespołu jest zupełnie bezpodstawna. Czemu? Bo tak robią wszyscy. Przykładem tego są słowa Joey’go Jordisona – byłego perkusista Slipknota. Przyznał on w jednym z wywiadów, że dla niego Nickelback gra fajną, rockową muzykę, jednak w środowisku krąży opinia, iż Kanadyjczycy to popowe gówno niewarte słuchania. A on, żeby nie występować z szeregu, akceptuje ją. To pokazuję, jak niesłuszna krytyka spada na grupę. Ja sam często pytam osoby najeżdżające na zespół dlaczego to robią. Nie potrafią przedstawić racjonalnych argumentów. No właśnie, podążają utartym szlakiem, nawet nie próbując zaznajomić się w temacie. Skoro inni tak mówią to tak musi być i kropka.

A podsumowując cały tekst, muzyka – jak bardzo byśmy chcieli się z tym nie zgadzać – to biznes. Zespoły i wytwórnie płytowe chcą zarabiać jak najwięcej. Nickelback żyje z grania muzyki. Przedstawiona parę akapitów wyżej taktyka ich działania zapewnia im ogromne dochody, o których większość z nas może jedynie pomarzyć. Chad Kroeger, Mike Kroeger, Ryan Peake oraz Daniel Adair mieszkają w wielkich willach, mają dziesiątki szybkich samochodów, zapewnione godne życie na 5 pokoleń do przodu. Dlatego nieprzychylne słowa dziennikarzy, antyfanów i wszystkich innych najeżdżających na nich mają głęboko w dupie.

PS. 30 września Kanadyjczycy ogłosili, że już w listopadzie opublikują nowy album zatytułowany No Fixed Address. Latem zaprezentowali świeżutki utwór Edge of the Revolution, który znajdzie się właśnie na tym wydawnictwie.

Exit mobile version