Settle miało u mnie dwie recenzje. Po pierwszych przesłuchaniach byłam zachwycona i napisałam bardzo pozytywny tekst, lecz na końcu zaznaczyłam – płyta spodobała mi się od razu, oby mi się szybko nie znudziła. Dałam sobie czas na dodanie go i dobrze, bo zapoznałam się z albumem dogłębnie, przeanalizowałam jeszcze raz i muszę przyznać – moje oczekiwania się sprawdziły, na płycie wybijają się cztery, może pięć kompozycji. Reszta zlewa się w jedną wielką całość i nudzi.
Z materiałem miałam również okazję zapoznać się na żywo, bowiem bracia Lawrence wpadli do Gdyni na tegorocznego Open’era. Odczucia miałam podobne – były momenty euforii i szaleństwa, a były też chwile po prostu mówiąc – nudne. Nastawiłam się na zabawę, więc pod tym względem mimo wszystko nie mam żadnych zastrzeżeń, jednak gdyby porównywać płytę, a koncert to wypada to tak samo. Ludzie bawili się najbardziej podczas Latch, White Noise i You & Me a przy innych kawałkach słyszałam na własne uszy – za bardzo nie mieliśmy co robić. Przejdźmy jednak do rzeczy – krążek otwiera Intro, które swoją kontynuację ma w kawałku When a Fire Starts to Burn. Jedyna rzecz, która mi w nim przeszkadza to ten wokal, dlatego na dłuższą metę nie da się tego słuchać. Później jest jeden z lepszych momentów na płycie, pod rząd dostajemy dosyć dobre utwory – dobrze znany Latch, F For You, który bardzo przypadł mi do gustu i White Noise stworzony wraz z duetem AlunaGeorge. Krążek ponownie rozkręca się pod koniec. Singlowe You&Me ozdobione wokalem Elizy Doolittle, dobre January w którym udziela się Jamie Woon (na numer z nim czekałam najbardziej!) i Confess To Me ze świetną Jessie Ware. Reszta to kawałki w podobnych stylu, trudne do rozróżnienia i do rozpoznania.
Kilka słów powiedzmy jeszcze o wersji deluxe. Tam na zainteresowanie zasługuje jedynie remix kawałka wspominanej już pani Ware. Piosenka Running nabrała kształtów i ja mogę jej słuchać jedynie w wydaniu Disclosure.
Czego by recenzenci nie pisali nie ma takiej siły, która by odebrała chłopakom popularność i sukces. Ja również nie życzę im źle, dałam sobie po prostu czas na ten album i przyglądnęłam mu się dokładnie. Powyższe spostrzeżenia to tylko moje uwagi, rozumiem, że można się zachwycać tą produkcją – mnie ona po prostu momentami męczy. Moja ciekawość następnego wydawnictwa tego rodzeństwa nie zna granic.
http://youtu.be/3ODD2EQ19ec
