Kilka ładnych lat temu gdy byłem jednym z tych Słowian poddających się fali emigracji trafiłem na wyspę. Całe szczęście nie tą na północny zachód od Polski, tylko taką wchodzącą w skład Balearów. Mieszkałem w porcie na Majorce. Jak łatwo się domyślić, część portu, gdzie nie ma turystów, tylko bloki i osiedla to istny kulturowy tygiel. W takim miejscu, gdzie każdy jest obcy zawsze najbliżej mi było do… tak jest, mieszkańców Republiki Południowej Afryki. W jeden z wieczorów, na kradzionym internecie wi-fi z pobliskiej tawerny puścili mi coś, po czym stwierdziłem, że muzyka u mnie, jak po 11 września Nowy Jork, nie będzie taka sama. To było Die Antwoord.
Wtedy zetknąłem się też z terminem Zef, którego wcześniej nie znałem, a jest właściwie kluczem do zrozumienia Die Antwoord. No może do końca się ich nie da zrozumieć, ale to na pewno dobry trop. Kiedyś Zef w RPA to było określenie obraźliwie, dotyczyło głównie biednych mieszkańców, którzy by dogonić styl tych bogatszych robili sobie sami tatuaże, nosili podróbki typu Adidos, modne fryzury starały się im robić przypadkowe osoby w ogródkach ich szeregówek. No właśnie, tak wyglądają Ninja i Yo – Landi.
Reprezentanci Die Antwoord wspierani przez Dj’a Hi-Tek’a. Pierwsze spotkanie z nimi może być szokujące i przyznam szczerze, że moje pierwsze pytanie po zobaczeniu Enter the Ninja brzmiało – is this a joke? don’t tell me mate that they’ are like that for real!!! Tak, oni tak for real, oni z Zef zrobili coś, co przestało być obraźliwe, a stało się czymś w rodzaju nowoczesnego hipsterstwa w Republice Południowej Afryki. Fakt, że zespół wygląda inaczej niż wszyscy, że mają ten niesamowity akcent no i przede wszystkim ich muzyka jest również lekko odlepiona od rzeczywistości sprawił, że świat zadawał pytanie co to jest to Die Antwoord (odpowiedź)? Album $O$ zrobił furorę, byłem nim zafascynowany, oglądałem po kilka razy wywiady z tym niesamowitym duetem, a łączenie rapu, rave’u i momentami ciężkiego techno sprawiało, że ten kicz fascynował i wnosił falę świeżości w coraz bardziej łapiący zadyszkę świat muzyki. Enter the Ninja, Evil boy, Ritch Bitch, I Fink u Freeky – to było szaleństwo muzyczne w warstwie tekstowej i wizualnej. Pierwsza i druga płyta tak podniosła wysoko poprzeczkę, że doskoczyć Die Antwoord do niej w żaden sposób nie mogło, ale liczyłem, że niczym David Bowie, ekipa z Kapsztadu po prostu zrobi znów coś nowego co zrewolucjonizuje scenę. Na płytę Donker Mag czekałem z niezwykłym podekscytowaniem i… przeliczyłem się. Pazury ekipy stępiły się chyba, przez ostatnie lata.
Ten album brzmi dla mnie trochę tak, jakby był sklecony z kawałków, które nie weszły na poprzedni album. Owszem jest kilka kawałków, które sprawiają, że człowiek kocha Die Antwoord, jednak to jest zauroczenie, a nie prawdziwa miłość, bo ona trochę jeżeli chodzi o mnie wygasła. Ceniłem Die Antwoord za bezkompromisowość i moc jaka była w ich przekazie. Donker Mag otwiera intro, które wywołuje zacieranie rąk, bo Ninja ogłasza Dont Fuk Me i co potem? Ugly Boy… matko częstochowska, przecież to brzmi jak Fun Factory (Ci urodzeni w latach 80 przyznają mi rację). Nudna do bólu piosenka. Całe szczęście z trzecim kawałkiem dostajemy takie Die Antwoord jakie chyba wszyscy lubimy. Happy Go Sucky Fucky to już jeden z tych kawałków podczas których na koncertach bez żadnych narkotyków wszyscy są naćpani i mogą krzyczeć Fuck your rules! Jest to jeden z lepszych kawałków na płycie. A reszta? No cóż… w Raging zef Koner Ninja brzmi jak ten polski raper Kaen (tak to jest obelga), Girl I want 2 eat you to irytujący reggaeton, którego nie trawię za to ułożenie bębnów, które w kółko wystukują ten sam irytujący rytm, a do tego wszystkiego skity? Po co pojawia się na przykład ponad minuta śmiechu Yo Landi jako osobny track? Chyba tylko jakiś zboczeniec zafascynowany tą panią nie będzie przerzucał kawałek na następny. No dobrze. Wystrzelałem się z negatywów.
Die Antwoord jednak dalej są ciekawym zespołem i mają też kilka naprawdę mocnych momentów na Donker Mag. Rat trap 666 – te hihaty przypominają świerszcze, ale jest tu moc, Sex – za sam tytuł takie kawałki się lubi, ale ten numer pulsuje głównie transowym pulsującym refrenem, no i numer tytułowy zamykający płytę. To jest dokładnie to na co czekałem. Die Anwtoord brzmiące zupełnie inaczej, przypominające moje ukochane brytyjskie Mount Kimbie, jednak generalnie jest wszędzie za mało Die Antwoord w Die Antwoord. Coraz bardziej ten duet zaczyna brzmieć popowo i przystępnie. Kiedyś słuchanie Die Antwoord było Zef, dziś? Dziś już nawet hipsterzy mówią, że to było fajne 4 lata temu. Szkoda…coraz bliżej do popu.
Jak Wam się singiel nawiązujący do filmu Czarny Kot, Biały kot spodoba, to gwarantuję, że na płycie nie ma co szukać więcej brzmień w tym stylu.
