Site icon All About Music

Destiny’s Child – Love Songs (2013), recenzja Zuzanny Janickiej

Beyonce zabrakło na pieluchy, Michelle marzy o nowej torebce z logo Chanel, a Kelly o kolejnych zagranicznych wakacjach pod palmami. No bo jak inaczej wytłumaczyć sens wydawania kolejnej składanki (tak – składanki!) z logo Destiny’s Child? Muszę przyznać, że ekipę dziewczyny mają nadzwyczajną. Z jednego wydarzenia, w tym przypadku – Super Bowl, potrafią zrobić nie tylko wielkie widowisko cieszące oczy i uszy, ale i powiększyć liczbę zer na koncie. Czy gdyby Beyonce nie była gwiazdą tej imprezy Love Songs zostałoby wydane?

Informacje o tej płycie pojawiły się już po ogłoszeniu, kto zaśpiewa podczas finału Super Bowl. Machina biznesowa się kręci, a my dostajemy kolejną składankę od zespołu, który rozpadł się prawie 10 lat temu. Niby z okazji Walentynek, ale ja tam swoje wiem.

Nie potrafię być jednak w stosunku do Love Songs bardzo krytyczna. Mam do dziewczyn ogromny sentyment. O ile słuchanie solowej Beyonce momentami przychodzi mi trudno, tak wraz z Kelly i Michelle (a wcześniej z LaTavią i LaToyą) robi dobre wrażenie. Ich wokale zawsze świetnie współgrają. Chociaż dziś wybieram inne gatunki niż r&b, Destiny’s Child były jednymi z pierwszych reprezentantek tego gatunku, które poznałam. Cieszę się z tego, że na Love Songs znalazły się nie tylko balladowe single zespołu, ale i zwykłe piosenki z płyt. Dla osób, które kojarzą dziewczyny tylko za sprawą Say My Name czy Cater 2 U to nie lada gratka. Oczywiście pod warunkiem, że są otwarte na nowości. Przymknę oczy na wybranie dnia premiery Love Songs i powiem, że to całkiem urocza propozycja na nadchodzące Walentynki. Wszak to święto miłości, a w utworach Destiny’s Child jest jej pod dostatkiem.

Z debiutanckiego albumu dziewczyn Destiny’s Child znajdziemy tu zaledwie dwa utwory. Plus za to, że nie były one singlami. Jedną z tych piosenek jest Killing Time. Jest to delikatny, lekki utwór. Głosy dziewczyn fajnie się razem komponują. Jedyny (mały) minusik postawiłabym przy Beyonce. Za bardzo chce przepchnąć się na pierwszy plan, przez co jej wykonanie wydaje mi się nieco komiczne i teatralne. Przyjemniej wypada melodyjne Second Nature.

Piosenki pochodzące z The Writing’s on the Wall zajmują dwa razy więcej miejsca niż te z debiutu. Jak łatwo więc obliczyć – mamy tu aż cztery nagrania z drugiego krążka Destiny’s Child. Jednym z nich jest kolaboracja z grupą Next If You Leave. Może to i ładne, ale strasznie nużące. Cieszę się natomiast, że udało mi się przekonać do bujającego Temptation. Kiedy dwa lata temu po raz pierwszy sięgnęłam po tę płytę, zdarzało mi się ten numer omijać. Podobnie zresztą jak Now That She’s Gone. Jedynym spokojnym utworem z The Writing’s on the Wall, który został wydany jako singiel jest Say My Name. Piosenka ta zaliczana jest przez wiele osób (w tym i mnie) do grona najlepszych od Destiny’s Child. Nie mogę więc uwierzyć w świństwo, jakie zostało wyrządzone temu nagraniu na Love Songs. Umieszczono tu jego słaby remix, który nijak nie oddaje piękno tego nagrania.

Z trzeciej, tak na marginesie mojej ulubionej, płyty Destiny’s Child Survivor zapożyczono jedynie dwa utwory. Pierwszym z nich jest Emotion. To dobre nagranie, choć na mnie niestety większego wrażenia nie robi. Miło posłuchać od czasu do czasu i tyle. Bardziej natomiast podoba mi się delikatne, nieco naiwne Brown Eyes z łatwo zapamiętywanym  refrenem.

Z ostatniej studyjnej płyty dziewczyn (Destiny Fulfilled) ponownie mamy więcej utworów. Jednym z nich jest singlowe, rhythm-and-bluesowe Cater 2 U. Inny kawałek to If, które niegdyś zupełnie mi się nie podobało. Wydawało mi się być zbyt przekombinowane. Dziś sądzę, że to lekki, dziewczęcy numer. Uwielbiam, kiedy wyraźniej słychać Michelle. Najgorzej niestety wypadła Beyonce. Lubię zmysłową piosenkę T-Shirt. Podoba mi się również rozmarzone Love.

Nie mogłabym nie wspomnieć o najnowszym utworze Destiny’s Child – Nuclear. Na ile to zupełna nowość, a nie wygrzebany z zakamarków studia odrzut nie jestem w stanie powiedzieć. Tak czy inaczej wcześniej nagrania Nuclear nie słyszeliśmy. Bałam się trochę, że będą chcieli dopasować ten numer do dzisiejszych czasów – wiecie, elektronika i te sprawy. A tymczasem on brzmi jak starsze utwory dziewczyn! Wielka, miła niespodzianka.

Składanka Love Songs nie była dla mnie albumem, na który oczekiwałam z niecierpliwością. To raczej szybkie przypomnienie twórczości zespołu. Od debiutu do ostatniej studyjnej płyty. A jako dodatek solowe nagranie Kelly Rowland Heaven i jedna nowość. No i straszny remix Say My Name. Uważam, że Love Songs to dobra propozycja dla osób, które nie tylko chcą miło spędzić Walentynki, ale i mają ochotę na trochę kobiecego r&b.

Exit mobile version