O czym myślicie, kiedy pada hasło David Lynch? Reżyser, scenarzysta, producent, wizjoner kina? A co, jeśli dodam do tego zbioru i wokalistę? Szok poznawczy, jak mawiał mój profesor od historii. Moja reakcja była podobna. Czemu kolejna osoba chce nagrywać płyty? Czy stoi za tym chęć zwrócenia na siebie uwagi czy też brak pieniędzy na koncie?
Do albumu Davida Lyncha podeszłam nieco sceptycznie. Byłam ciekawa, jak radzi sobie w muzycznym świecie. Reżyserem jest bowiem świetnym i nie wiadomo było, czy muzykiem będzie równie dobrym. Tak to już przecież bywa, że niektórzy dobrzy są w jednej dziedzinie, a w innej kompletnie sobie nie radzą. Odetchnęłam z ulgą, kiedy przekonałam się, że David Lynch jest jedną z tych osób, które czego się nie dotkną, zamieniają w złoto.
http://www.youtube.com/watch?v=i4EOt41Okgk
The Big Dream nie jest debiutanckim albumem reżysera. Poprzedni, Crazy Clown Time, ukazał się w 2011 roku. Chociaż zawiera wiele niebanalnych melodii, moim zdaniem, nie dorównuje nowej płycie Lyncha. Więcej na nim było trip hopu. The Big Dream to album, który wrzucić możemy do szuflady z napisem modern blues. Znajdziemy na nim piosenki, które są nowoczesnym spojrzeniem na klasykę. Gitary i wyraziste brzmienie perkusji dopełniane są syntezatorami i elektroniką przez duże E. Klimat nagrań Lyncha określić możemy mieszanką mroku i niepokoju. Piosenki są również nieco psychodeliczne i zawierają nutkę grozy. To wszystko złożyło się na album cholernie intrygujący i wciągający. Może i mało która piosenka zostaje od razu w głowie, ale daje nam to pretekst do sięgnięcia po The Big Dream jeszcze raz. Uwagę zwraca sam wokal artysty. Przez cały album nie dowiadujemy się, jaki głos faktycznie posiada Lynch i czy potrafi w ogóle śpiewać. Czemu? Ponieważ jego wokal został poddany sporej komputerowej obróbce.
Ocenianie poszczególnych piosenek zacznę tym razem od końca. The Big Dream zamyka pewne szczególne nagranie. Jest nim I’m Waiting Here, w którym Lynch oddał głos szwedzkiej wokalistce Lykke Li, znanej u nas z piosenki I Follow Rivers. Cóż mogę powiedzieć – właściwa artystka na właściwym miejscu. I’m Waiting Here jest utworem delikatnym i lekkim, ale bardzo tajemniczym. Pozostałe kawałki należą już do reżysera. Czaruje cover utworu Boba Dylana Ballad of Hollis Brown. Wiadomo, że z wersją oryginalną mało która może konkurować (rewelacyjny Bob, który śpiewa jakby od niechcenia), ale podkręcona elektroniką wizja Lyncha również warta jest uwagi.
Kompozycja tytułowa, The Big Dream, odznacza się hipnotyzującą melodią. W Star Dream Girl artysta pozwala sobie na krótkie przemowy, które niesamowicie płynnie przechodzą później w śpiew. Last Call to gorzka piosenka, która nie trąci banałem nawet wtedy, gdy Lynch śpiewa nieco proste i przerobione przez miliony innych wokalistów zwroty
I miss you so much (PL: Tęsknię za tobą bardzo).
Ze smutnych, zimnych rejonów nie wychodzimy w Cold Wind Blowing oraz Wishing Well. Bardziej przebojowo robi się przy Say It, w którym Lynch poszedł za tytułem nagrania i niemalże cały utwór przegadał. W nostalgiczny klimat wprowadza nas piękna piosenka Are You Sure, w której smutny wokal artysty współgra z wolną, stonowaną muzyką.
Bardziej przebojowo robi się przy Say It, w którym Lynch poszedł za tytułem nagrania i niemalże cały utwór przegadał. Pobujać się można do Sun Can’t Be Seen No More, które zaczyna się mówionym wstępem, a cała piosenka brzmi, jakby nagrywana była nie w studiu nagraniowym, ale w małym klubie przed publicznością. Warto w Sun Can’t Be Seen No More zwrócić uwagę na krótkie solówki na gitarze elektrycznej. Słuchając drugiego albumu Lyncha pominąć nie można brzmiącego nieco złowrogo We Rolled Together, bardziej elektronicznego niż bluesowego I Want You oraz The Line It Curves, które – podobnie jak Say It – zawiera sporo mówionych fragmentów.
Trochę dziwnie oceniać album człowieka nie tyle starszego ode mnie, ale już od lat podziwianego przez miliony osób. Kręcenie filmów Lynchowi nie wystarczyło. I dobrze, bo otrzymaliśmy niesamowicie udany krążek. Z The Big Dream jest jak z dobrym filmem – zajmuje nasze myśli nawet po wyjściu z kina. Cieszę się, że swoje artystyczne wizje reżyser przeniósł do studia i nie boi się realizować swojego the big dream. Pięknie w końcu słuchać jest krążka osoby, która nie musi już nic nikomu udowadniać i której stan konta nie zależy od częstotliwości puszczania piosenek w radiu. Czy utwory z The Big Dream tam usłyszymy? Nie, radia (i za pewne część słuchaczy) nie jest na to gotowych. David Lynch nagrywa za mocny i za mało komercyjny materiał.
