Site icon All About Music

David Bowie – Blackstar (2016), recenzja Kacpra Rogalewskiego

Czułem, że potrzebuje napisać o dokonaniach Davida Bowiego. I udało się. Premiera kolejnej odsłony mistrza miała być najlepszym powodem ku temu. Tylko wszystko potoczyło się nie tak, jak chciałem. Owszem, pojawił się nowy album, który powala na kolana. Ale myśl o tym, że to zakończenie wielkiego rozdziału muzyki popularnej nie daje mi jakoś się w pełni nacieszyć jego obecnością.

Nikt nie wątpi, że David Bowie był artystą kompletnym. Nie tylko rozkochiwał nas w swojej muzyce, ale i w postawie wobec życia. Czy to jako Ziggy czy jako David, tworzył on muzykę eklektyczną, która stała się ikoną współczesnej popkultury. Gdyby nie jego twórczość zapewne nie byłoby teraz na scenie wielu znanych artystów. On właśnie taki był. Miał siłę inspirowania i oddziaływania na miliony ludzi. Innowator to najlepsze określenie dla tego człowieka.

Co najdziwniejsze w Blackstar to jego całkowita bezpośredniość. Dziwi to szczególnie w kontekście twórczości Davida Bowiego, który uwielbiał podawać nam bogate metafory połączone z inteligentną poetyką.  Jednak ten album miał być inny. Artysta za pomocą muzyki przekazuje nam wszystko to, co dzieje się w jego głowie. Przemawia do nas nie jako człowiek z Marsa, lecz jako zwykły obywatel świata. Choć niejednego informacja o odejściu muzyka kompletnie zszokowała to prawdą jest, że David nas na to przygotował. Jego dwudzieste piąte wydawnictwo stało się najpiękniejszym testamentem w historii muzyki. 

Wizja instrumentalna artysty została całkowicie przejęta przez wpływy jazzu. Blackstar romansuje z majestatycznymi dźwiękami trąbki i delikatnej gitary. Wszystko brzmi szalenie refleksyjnie i nadzwyczaj przygnębiająco. Album zaczyna się wyjątkowo, bo od kompozycji Blackstar, której nie da się inaczej opisać niż wirtuozeria. W tym dziele też najlepiej słychać nawyk David Bowiego do teatralizacji niektórych utworów. Jak to bywało dawniej, artysta uwielbia bawić się własnym głosem. Moment wzruszenia pobudzają takie utwory jak choćby Lazarus. Przepiękna piosenka, która w bardzo prosty sposób chce nam pokazać emocje artysty. Jej tekst jest niesamowicie wyjątkowy. David Bowie bez zawahania mówi nam, że jest w niebie. Choć zrobił wiele niedobrego i ma na sobie wiele blizn, to czuje się wolny. Ten utwór stanowi wielce rozczulającą metaforę ludzkiego życia. To samo można powiedzieć w kontekście utworu Dollar Days, który w moim odczuciu jest tym najlepszym momentem na albumie. Autentyczna kompozycja poruszająca wszystkich odbiorców. David Jones, choć stara się zachować tajemniczość i gra słowami to wpuszcza nas do swoich myśli.

Na albumie Blackstar pojawią się też momenty, kiedy to artysta na chwile opuszcza jazzowe inspiracje. Mówię głównie o takich kompozycjach jak ’Tis a Pity She Was a Whore, Girl Loves Me czy Sue (Or in a Season of Crime). Wówczas trąbka ustępuje miejsca na pierwszym planie na rzecz ostrej i lekko psychodelicznej gitary. David Bowie natomiast ubiera maskę stanowczego i zdecydowanego mężczyzny. Girl Loves Me wzbogacony został o agresywną perkusję, dzięki czemu otrzymaliśmy istotny znak, że to już koniec. Wszystko zaczęło zmierzać w jednym konkretnym kierunku, o którego istnieniu dowiadujemy się stopniowo.

Czuje się przytłoczony, że dopiero po dwóch dniach od premiery tego albumu byłem w stanie go zrozumieć. Sytuacja musiała się tak skończyć, żeby nam wszystkim było dane doświadczyć w pełni to wydawnictwo. Dla mnie Blackstar w mgnieniu oka stało się klasyką światowej muzyki. David Bowie w 40. minut podsumowuje swoją działalność w najpiękniejszy sposób jak to tylko możliwe. I udowadnia nam, że śmierć przychodzi do każdego. Nawet do człowieka z kosmosu. Moja ocena nie mogła być inna.

Exit mobile version