
Z mroźnych Helsinek prosto do futurystycznego Tokio – bo właśnie Japonia gra ważną rolę w najnowszej płycie Darii Zawiałow. Płycie, na którą czekałem z utęsknieniem, a z każdym kolejnym zdjęciem ze studia rosło nie tylko napięcie, ale również moje oczekiwania. Podróż do świata Wojen i Nocy okazała się przewyższać wszystkie moje nadzieje – jest pioniersko, elektronicznie i hipnotyzująco.
Myślę, że artystki nie trzeba już przedstawiać, lecz warto przypomnieć kilka faktów. Na przykład – swój debiutancki album – A kysz! -wydała zaledwie cztery lata temu. Już wtedy została jednogłośnie okrzyknięta nadzieją polskiej sceny alternatywnej. Dała się poznać szerszej publiczności swoim silnym wokalem i tym, że nie bała się mocniejszych brzmień. Swoją pozycję ugruntowała drugą płytą – Helsinki – gdzie postawiła spory krok w stronę elektroniki. Zdążyła zagrać już na największych festiwalach w kraju, jej projekty pokryły się platyną i zostały uhonorowane Fryderykami, a nazwisko Zawiałow na stałe wpisało się między te najciekawsze w polskiej muzyce. I tak jak wcześniej – minęły dwa lata i rozpoczął się nowy etap w jej karierze. Taki, jakiego jeszcze nie było.
Pierwszy odsłuch Wojen i Nocy zostawił mnie w ciężkim szoku. Oczy – Polaroidy to jedno z najmocniejszych wstępów do albumu, jaki słyszałem. Elektroniczne intro wypełnione syntezatorami i głęboki wokal Darii stanowi świetne preludium do tego, co usłyszymy podczas następnych kilkudziesięciu minut. To już pierwszy znak na to, że słoneczne Helsinki wokalistka zostawiła daleko za sobą – i nadeszła pora na coś w mrocznym, ciężkim klimacie. Co do tytułowego utworu, wraz z nim rozpoczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki. Punkowy flirt z psychodelicznym brzmieniem to bez dwóch zdań coś, w czym artystka czuje się najlepiej. I co z tym idzie, wychodzi jej to genialnie. Zupełnie przepadłem w szaleńczym instrumentalu i silnym wokalu. A to dopiero drugi kawałek! Po chwili wytchnienia w postaci dobrze znanych nam singli (o których trochę później) znów powracamy do hipnotyzującego Metropolis, który był dla mnie niemałym zaskoczeniem. Ciężki, brudny utwór ma w sobie coś elektryzującego. Coś, co przyciąga i sprawia, że można zatracić się w tym zniewalającym synthowym brzmieniu. Jednak – co nadaje temu kawałkowi pazura – to mówione partie Darii, gdzie gorzko ocenia współczesny świat.
Na poprzednich albumach Daria przyzwyczaiła nas do jednej piosenki po angielsku. Na Wojnach i Nocach dostaliśmy aż trzy! Co więcej, każda z nich jest w zupełnie innym klimacie – ale co najważniejsze – wszystkie oddają ducha płyty. Pierwszą z nich jest Hollow, gdzie słychać inspiracje choćby zespołem Tame Impala. Synth-popowy instrumental sprawia, że utwór po prostu płynie. I można go słuchać na zapętleniu kilkanaście razy, za każdym razem będzie coraz lepszy. Za to Flower Night to zupełnie inna bajka. Tu brzmienia są już znacznie cięższe i biorą wszystko co najlepsze ze spuścizny post-rocka i nowej fali. Powiedziałbym, że jest to kawałek żywcem wyjęty ze świata Molchat Doma, lecz przepuszczony przez kalejdoskop Darii Zawiałow i Michała Kusha. Ostatni (i swoją drogą zamykający album) utwór to Socjopathetic. Nastrojowy, powolny kawałek jest świetnym zakończeniem przygody uniwersum wykreowanym przez wokalistkę.
Wybór singli promujących jest bardzo bezpieczny, ale czy to źle? Padło na utwory, które są „najlżejsze” i odnajdą się w popularnych stacjach radiowych. Pierwszy z nich – Kaonashi – szybko wpada w ucho i… zostaje tam na dłużej. Stanowi swego rodzaju most pomiędzy światem Helsinek a Wojen i Nocy, tak by słuchacze przyzwyczaili się do tego, że artystka zamierza zrobić skok na głęboką wodę nowego nurtu. Jeśli chodzi o Za krótki sen to istotną rolę odgrywa tu drugie sławne nazwisko – Dawid Podsiadło. Na wspólny utwór tej dwójki czekamy, odkąd zaprezentowali się razem na koncercie z kawałkiem Gdybym miała serce. Chociaż tworzą oni zupełnie różną muzykę, ich ścieżki świetnie się ze sobą splotły właśnie na tej płycie. Jest to moment wytchnienia pomiędzy szalonymi, punkowymi kawałkami – ich głosy w wolniejszym utworze świetnie ze sobą współgrają. A oszczędny, lekki instrumental tylko dodaje im uroku. Przed premierą albumu poznaliśmy jeszcze jeden kawałek – Żółta taksówka – który przenosi nas z futurystycznej Japonii prosto do Nowego Jorku. Gitarowe riffy, elektroniczny beat i oda do ulubionego miasta Darii Zawiałow. Klasa sama w sobie. Żałuję tylko, że pierwszym singel nie został utwór tytułowy. Byłby to wielkie wejście w nową muzyczną erę. Chociaż, znając życie, nie wszyscy byliby zadowoleni z takiej ogromnej zmiany.
Jeśli miałbym wskazać najmocniejszy element Wojen i Nocy, byłby to bez dwóch zdań świetny klimat stworzony przez genialną warstwę muzyczną. Każdy poprzedni projekt Zawiałow charakteryzował się czymś innym i dominował w nim inny gatunek muzyczny – począwszy od rocka, przez czystą elektronikę po synth-punk wreszcie. Nie ma tu miejsca na powtarzalność, co wymaga od Darii ogromnej odwagi, otwartości na nowe i kreatywności. Łatwo pozostać w swojej bezpiecznej strefie i tworzyć to, co zwyczajnie dobrze się sprzedaje. Jednak wokalistka nie idzie na łatwiznę i komponuje każdy kolejny album inaczej. Ale nie tylko ona – odpowiedzialny jest też za to niezawodny producent Michał Kush, który współpracuje z nią od pierwszej płyty. Z czystym sercem mogę powiedzieć, że Zawiałow i Kush to mój ulubiony duet muzyczny – oboje wiedzą, czego chcą i nie boją się zaryzykować. Jak widać, to ryzyko popłaca. Co więcej, te trzynaście utworów z Wojen i Nocy są jednolite, ale – znów – bynajmniej nie powtarzalne. Każdy z nich czerpie z trochę innej podkategorii mrocznej muzyki punkowo-elektronicznej – są kawałki szybsze i wolniejsze, te bardziej i mniej szalone. Lecz wszystkie stoją na najwyższym poziomie i znacznie się od siebie różnią, mając przy tym jeden mianownik. W taki sposób powstał album bardzo spójny i nowatorski. Gdyby zabrakło choć jednego utworu, ta harmonia zostałaby zachwiana.
Jak zawsze, warto pochylić się nie tylko nad warstwą muzyczną, ale też liryczną, która stanowi dobrą połowę płyty. Bardzo cenię sobie, jeśli artyści sami pracują nad własnymi tekstami. Wówczas ich muzyka wydaje mi się bardziej autentyczna, a sam wokalista silniej zaangażowany w proces twórczy. Od samego początku kariery Daria Zawiałow pisze swoje własne piosenki i z każdą kolejną płytą wychodzi jej to coraz lepiej. I choć wcześniej przyjmowała raczej rolę narratora i kreowała własną wyobraźnią różne historie i sytuację, wreszcie przyszedł ten czas, by trochę się otworzyła. Najlepiej to widać na przykładzie piosenki Reflektory – Sny, w której to artystka patrzy krytycznie na sławę i życie w świetle reflektorów. Myślę, że jest to dotychczas jej najbardziej osobisty kawałek i ogromnie cieszę się, że możemy poznać jej sposób widzenia i emocje, które jej towarzyszą.
Nie mógłbym zapomnieć też o warstwie wizualnej, która gra ważną rolę w promocji i odbiorze tej płyty. Wojny i Noce inspirowane są Japonią, miastem i modernizmem. Dlatego też okładki poszczególnych singli (i samej płyty) były Darią w wersji z mangi. Za grafiki odpowiada słynna Agnieszka Szajewska, która tworzy pod pseudonimem Gokunobaka. A teledyski – jak zwykle – poruszają ważny problem. Szczególnie wideo do Kaonashi, w którym wystąpiła sama Zawiałow i Dawid Ogrodnik, traktowało o przemocy domowej i powstało we współpracy z Centrum Praw Kobiet. Uważam, że to świetne zagranie, bo artystka ma ogromną platformę nie tylko do promowania własnej muzyki, ale też zwracania uwagi na poważny problem, który dotyka wiele osób. Teledysk ten wygląda bardziej jak film krótkometrażowy, a nie zwykły obrazek do piosenki.
Na premierę tego albumu czekałem z ogromną niecierpliwością i przyznam, że bałem się, czy podoła tak genialnym Helsinkom. Teraz już wiem, że niepotrzebnie. Wojny i Noce to płyta kompletna – dopięta na ostatni guzik. Każdy dźwięk, każdy wers – wszystko gra tak, jak powinno. Płyta czerpie wszystko, co najlepsze ze spuścizny muzyki elektronicznej i punkowej, lecz nie jest to ślepe naśladownictwo. Słychać inspiracje różnymi twórcami, lecz wszystko jest przerobione w sposób charakterystyczny dla Darii Zawiałow. Zostajemy zabrani na pięćdziesiąt minut w świat futuryzmu, ciężkich brzmień i syntezatorów – a ja nie chcę stamtąd wracać. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko czekać na kolejną podróż, mam nadzieję, że na koncercie. Tymczasem nie boję się mówić, że tytuł albumu 2021 roku należy właśnie do Wojen i Nocy. I to albumu przez wielkie A!
