
Czy da się sprawić aby utwory całkiem współczesne, te pochodzące z lat 60′, jak również takie, które swoją historią sięgają do lat 30′ XX wieku, umieszczone na jednej płycie nie brzmiały jak przysłowiowy groch z kapustą?Urodzona w Korei, australijska piosenkarka, zwyciężyła piątą edycję X Factora, w kraju, w którym się wychowała by trzy lata później, w 2016 roku, reprezentując go na Eurowizji zająć bardzo wysokie drugie miejsce. O kim mowa? O nikim innym jak tylko Dami Im.
Po albumie, który poświęciła w całości coverom piosenek popularnego w latach 70′ popowego duetu The Carpenters, przyszedł czas na kolejny. Znów z myślą przewodnią choć nie aż tak oczywistą jak to było w przypadku Classic Carpenters.
I Hear a Song również w dużej mierze składa się z coverów. Tym razem jest to jednak bardziej złożony koncept. Dami wraca do stylu, w którym czuje się najlepiej. Fuzja soulu i jazzu, którą się posługuje, pozwoliła artystce na zgrabne połączenie w całość zbioru utworów, które na pierwszy rzut oka raczej do siebie nie pasują.
A mieszanka jest całkiem niezła. Zacznijmy może od lat 60′. Nie da się bowiem przejść obojętnie wobec absolutnie fantastycznego, nastrojowego You Don’t Have To Say You Love Me. Oryginalnie wykonywana przez Dusty Springfield ballada w wersji Im zachowała swoją moc. Zyskała też ciepło, którego dodaje jej niepodważalnie magiczny głos australijki.
You Don’t Have To Say You Love Me jest piękne w oryginale oraz w wersji Dami. Ale istnieją też takie utwory, które świetne będą zawsze. Niezależnie od aranżacji czy wykonania. Każdy z nas ma kilka takich piosenek, z którymi niezależnie co się stanie i tak będziemy je uwielbiać. I tak się akurat składa, że Im na swoim najnowszym albumie umieściła dwa z zaledwie kilku utworów, które znajdują się na mojej, takiej właśnie bardzo subiektywnej liście.
I Say a Little Prayer Dionne Warwick z 1967 roku oraz pochodząca z lat 90′ ballada Bonnie Raitt I Can’t Make You Love Me. Obie w moim mniemaniu są tak dobrymi kompozycjami samymi w sobie, że chyba nie da się ich zepsuć. Wersje znajdujące się na I Hear a Song tylko tę moją subiektywną opinię potwierdzają.
Choć tak od siebie różne artystka poradziła sobie z nimi świetnie. W tym wypadku spoiwem nie jest jednak styl, a wyczuwalne w wykonaniach zaangażowanie i pasja.
To one właśnie stoją za całym konceptem albumu. Jak mówi sama artystka do każdego z utworów podchodziła z takim samym zaangażowaniem. Jednak istnieje jeszcze jedno ważne kryterium, którym Dami kierowała się przy kompletowaniu materiału na swoją najnowszą płytę. Chciała by piosenki na niej umieszczone były pewnego rodzaju hołdem dla kobiet w muzyce. Artystka pragnęła uhonorować silne kobiety, które torowały i torują drogę ludziom takim jak ona.
Stąd właśnie pomysł by sięgnąć do dalszej i bliższej historii muzyki. Mówiliśmy o latach 60′ i 90′ ale na tegorocznym wydawnictwie nie brak też zupełnie współczesnych kawałków w postaci hitów Norah Jones czy Beyonce.
Co ciekawe na płycie znajdziemy również dwie autorskie, premierowe kompozycje Dami Im. Świetne, swingujące, pełne feelingu I Hear a Song i Like a Cello udowadniają, że australijka nie tylko potrafi zaadaptować cudze utwory do swojego stylu ale także stworzyć coś własnego. Muszę powiedzieć, że te autorskie fragmenty naprawdę dobrze się bronią. Tak jak w przypadku coverów wykorzystanych na albumie ta chęć zespojenia tak różnorodnego materiału sprawiła, że niektóre z nich straciły trochę ze swojego charakteru (Summertime), tak kompozycje autorskie nie pozostawiają w tej kwestii absolutnie nic do życzenia.
I Hear a Song to sposób na miłe spędzenie godziny. Nasze myśli na pewno przestaną krążyć wokół problemów dnia codziennego i na chwilę przeniosą się w przestrzeń wypełnioną jedynie dźwiękami. Mam wrażenie, że nie jest to album, który zostanie w naszej pamięci na długo. Ale czy takie jest zadanie muzyki będącej połączeniem jazzu i swingu? Czy może ma po prostu być miło i przyjemnie w czasie kiedy my popijamy wino czy herbatę? Na to pytanie już każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

