Site icon All About Music

Czy rock potrzebuje reanimacji? Greta Van Fleet – Starcatcher, 2023 (Recenzja)

Jest dobry głos, są ciekawie brzmiące instrumenty, wydaje się, że to udany przepis na sukces. Jednak co, jeśli to jest smak, który już skądś bardzo dobrze znamy? Z tym problemem niemal od początku swojego istnienia mierzy się grupa Greta Van Fleet. Złośliwi nazywają ich cover bandem i zarzucają kalkę twórczości Zeppelinów. Te wpływy słychać, a sami muzycy się ich nie wypierają. Pytanie, jaki jest końcowy rozrachunek. Ile na tym tracą, a ile zyskują? To pewnie będzie zależało od tego, kogo zapytamy.
Najnowszy album w ich dyskografii miał być, jak sami zapowiadali powrotem do korzeni. Kiedy słyszę taką frazę mam gdzieś z tyłu głowy, że mogę spodziewać się odgrzewanego kotleta, który jakoś przejdzie, skoro i tak już czekamy, a zaczynamy robić się głodni nowej twórczości.

Powiedzmy sobie jasno, jeśli Starcatcher czymś mi zapachniał, to z pewnością nie był to zapach nowości, a raczej nuta retro. Umówmy się, że nawet tytuł, którym Panowie zdecydowali się otworzyć album, czyli Fate Of The Faithful przywodzi na myśl minione dekady.
Skoro już zanurzamy się w dźwiękach sprzed lat, nie dziwią też balladowe wybiegi w Waited All Your Life.
Konsekwentnie i za ciosem, ze szczyptą bluesowego rytmu grają też gitary i bębny w The Falling Sky.

Cekiny, blaski, cienie i latawiec marzeń. Wcale nie te długie dźwięki, nie silny wokal, a właśnie ta zabawa metaforami w Sacred The Thread, przyciągnęła moją uwagę najmocniej. Czy są ciekawe, czy raczej przesadzone? Nie zdecydowałam do tej pory. I chyba tak miało być, bo sam Josh Kiszka o tym właśnie utworze powiedział tak: „To piosenka o moich scenicznych strojach. Mówią, że piszę pretensjonalne teksty. Ja nazwałbym je „teatralnymi”, a teatralność jest w duchu rock’n’rolla…”.
Kolejny na liście jest Runway Blues i jest to też szybka zmiana tempa, szybka i krótka, bo trwająca zaledwie nieco ponad minutę. Nawet tyle wystarczyło, żebym gdzieś pomiędzy dźwiękami usłyszała inspiracje Aerosmith, zresztą do tego worka z inspiracjami, dzięki The Indigo Streak, może nie do końca wprost, ale, jak na moje ucho, można dorzucić też chłopaków z Liverpoolu.
Pośród 10 utworów tworzących krążek znajdziemy rytmiczny Frozen Light.
The Archer oraz Meeting The Master to kawałki, przy których wróciła do mnie pewna myśl. Kto z nas nie chciałby, chociaż na chwilę, stać się mityczną gwiazdą rocka? Tego nieposkromionego, tego pełnego poezji, z okładek starych muzycznych pism. Taki świat próbuje na tym krążku wskrzesić Greta van Fleet. Jeśli wracają do korzeni to do tych wyjętych z marzeń.

Cały album brzmi trochę tak, jakby miał być demonstracją mówiącą – nawet jeśli czerpiemy, to z pewnością nie z jednego źródła.
Starcatcher to prawie 43 minuty niezłej muzyki, która koniec końców zostawiła mnie z niezbyt przyjemnym poczuciem, że w świecie rocka i pochodnych najwyraźniej rzeczywiście wszystko zostało już wymyślone…

Exit mobile version