Parę dni temu, po bardzo długiej przerwie, postanowiłem po raz kolejny przesłuchać album Songs About Jane – debiutancki krążek grupy Maroon 5. Po wybrzmieniu ostatnich dźwięków utworu Sweetest Goodbye, pozycji zamykającej płytę, w głowie pojawiło się tylko jedno pytanie: jak Adam Levine i spółka, po stworzenia tego kapitalnego albumu, mogli się w kolejnych latach tak artystycznie zeszmacić?
Fakt – jestem wielkim fanem tej amerykańskiej grupy. Fakt – na mojej półce z płytami odnaleźlibyście ich całą studyjną dyskografię, wraz z tragicznymi płytami Overexposed i V. Fakt – uważam, że Adam Levine ma fantastyczny i bardzo charakterystyczny wokal. Lecz kwestie te nie zakładają mi klapek na oczy i nie zamazują rzeczywistości.
A ta nie pozostawia mi żadnych złudzeń – Maroon 5, zespół, który ktoś kiedyś mógł nazwać przyszłością modern rocka, stał się kolejnym dostarczycielem radiowych hitów, odbiegających o lata świetlne od rockowych ideałów. Swoją młodzieńczą zadziorność gitarowych riffów oraz interesujące teksty olał na rzecz tandetnego brzmienia klawiszy i sampli oraz płytkich wypocin.
W tym miejscu muszę dodać jedną, istotną rzecz: po wydaniu debiutu, chłopcy nie od razu zjechali na autostradę w kierunku muzyki stricte popularnej. Ich druga płyta, It Won’t Be Soon Before Long, zachowała w swojej strukturze resztki rocka. Niewiele, ale zawsze coś. Po jej wydaniu, muzyczny poziom kapeli sukcesywnie opadał na dno.
A przecież wcale nie musiało tak być.
***
Rok 2004: nagranie koncertu na poczet cyklu Live At Hard Rock (serii show, sygnowanych nazwą tej kultowej sieci restauracji oraz hoteli). Rok 2005: występ podczas okrągłej, 20 edycji największego rockowego festiwalu na świecie – Rock Am Ring. W czasie tego koncertu supportowali takie legendy jak Slayer, Green Day, R.E.M, czy Iron Maiden. Chętnych odsyłam na Youtube’a, tam znajdziecie nagranie całego, prawie godzinnego show.
Wierzcie mi, lub nie, rockowe festiwale mają swoją specyfikę. To znaczy – jak nie grasz rockowo, a starasz się przemycić na scenę choćby odrobinę popowego pierwiastka, zostajesz zrugany, wygwizdany i zmuszony do opuszczenia estrady. W przypadku występu Maroona takie rzeczy nie miały miejsca. Ba, publiczność entuzjastycznie ich powitała, a przez cały koncert wspierała kapelę wspólnym śpiewaniem i klaskaniem.
Czy dzisiaj wyobrażacie sobie takie przyjęcie? Ja na pewno nie.
Dlaczego więc bardzo uzdolniony, posiadający wielki potencjał zespół, zamiast stać się obok np. Coldplay’a, jedną z najważniejszych kapel rockowych rozwiniętych w XXI wieku, został kimś pokroju Katy Perry, Nicki Minaj, czy Ariany Grande – trybikiem w bardzo zunifikowanym środowisku szeroko rozumianej muzyki popowej? Nie wiem.
Ale mam kilka poszlak, którymi podzielę się z Wami w tym felietonie.
Mówisz – Maroon 5, myślisz – This Love. Większość ludzi kojarzy tę Amerykańską grupę tylko i wyłącznie z tego, nie ukrywam, wielkiego hitu. Czy zwykły laik, mający w głębokim poważaniu dyskografię zespołu, zna choćby takie utwory jak Misery, Won’t Go Home Without You, czy Maps? Śmiem twierdzić, że nie.
Może jeszcze ogarnąłby Moves Like Jagger, ale po prezentowaniu go w radiu z częstotliwością podobną do tej, z jaką w święta nadawano nowy hit Eweliny Lisowskiej – Włączamy niskie ceny, nawet głuchy by go poznał. Pewnie zastanawiacie się do czego zmierzam? Otóż, Maroon 5, podobnie jak wspomniany kiedyś zespół The Calling, nagrał kapitalny debiutancki album. Coś, co ciężko jest potem przebić. Bardzo ważne – kompozycje te stworzyli zupełnie sami, bez wsparcia wielkiej wytwórni.
Warto przyjrzeć się dacie wydania Songs About Jane – 25 czerwca 2002 roku. Po co? Bo teraz zestawimy to z 9 marca 2004 roku, kiedy jako drugi singiel promujący album (po słabiutko przyjętym Harder To Breathe) wybrano This Love. To pokazuje, że prawie 2 lata płyta ta była zupełnie anonimowa. Zespół tułał się po malutkich klubach, raczej nie sądząc, że dekadę później ich lider zostanie uznany przez magazyn People najseksowniejszym mężczyzną na Ziemi. Dopiero wsparcie wielkiej wytwórni płytowej, jaką jest Universal Music (w gwoli ścisłości: krążek ten wydało A&M, będące jednak własnością Universal Music, które z resztą nadal wydaje albumy grupy), wywindowało kapelę na szczyty list przebojów.
I tu zbliżamy się do meritum sprawy. Pomoc ogromnej wytwórni daje olbrzymi spokój i możliwości – gwarantuje ona artyście opłacenie studia, czy zatrudni speców od produkcji i promocji. Zrobi wszystko, by ich podopieczny zyskał sławę i pieniądze. Bo gdy zarabia on, zarabia też całe przedsiębiorstwo.
Zastanówcie się teraz: czy łatwiej jest sprzedać miękką, szybko wpadającą w ucho komercyjną płytę, czy też ambitny, ale za to wypełniony gitarami i mało spłyconymi dźwiękami album? Wybór wydaje się oczywisty.
Dlatego uważam, że jest to jeden z powodów, dla których zamiast grania rocka, Maroon 5 wybrał radiowy pop. Było to dla nich po prostu bezpieczniejsze.
***
Nie jest tajemnicą, że zrobienie kariery w świecie muzyki jest bardzo trudne. Zwłaszcza, jeżeli chce się go zawojować grając rocka. Obecnie, nie wystarczy tylko ogromny talent – potrzebna jest też kupa szczęście i masa znajomości.
Adam Levine wraz z kolegami, chcąc wzbijać się w hierarchii zespołów rockowych, musiał się liczyć z olbrzymimi trudnościami. Konkurencja jest ogromna, a utrzymanie się na samym szczycie wymaga olbrzymiego zaangażowania i cierpliwości. Zdobycie serc fanów nie jest takie łatwe, bo twoich utworów przecież nie grają w radiu. O zamiłowanie zabiegasz poprzez dawanie masy koncertów (najczęściej za grosze), które budują twoją markę. Dlatego uważam, że Maroon 5 wybierając taką ścieżkę kariery, poszedł na łatwiznę. Dużą łatwiznę. Co prawda, w 2004 roku, grupę znało mnóstwo ludzi, ale jak mawia pewna mantra – łatwo jest wejść na szczyt, trudniej się na nim utrzymać. Zwłaszcza artystom rockowym.
Część z Was może zadać mi teraz pytanie: skoro tak krytykuję twórczość zespołu, to czemu w ostatnim wydaniu Naszym Zdaniem – stałej rubryki na AllAboutMusic – zachwalałem najnowszy singiel grupy, zatytułowany Sugar? Oto opinia, jaką wtedy przedstawiłem:
Sugar to utwór idealnie nadający się na singiel. Jest przebojowy, lekki i bardzo szybko wpada w ucho. Wróżę mu spory sukces, zwłaszcza, że teledysk do tej piosenki już podbija Internety.
Odpowiedź jest prosta – ta piosenka idealnie nadaje się do radia. Jej czas trwania nie przekracza znacznie trzech minut oraz tak, jak już stwierdziłem – jest lekka i przebojowa. Komercyjna radia kochają takie twory.
Idąc dalej, skoro tak nie podoba mi się ich ścieżka kariery po 2004 roku, to dlaczego wydałem pieniądze na ich płyty? Bo mam ogromną słabość do tej grupy. Uważam, że posiadają ogromy talent, który wykorzystują w zły sposób. Pisałem już wcześniej – Adam Levine ma cholernie charakterystyczną barwę głosu. Ich piosenki poznasz po „jednej nutce”, a to dla artysty ogromny sukces. Słuchając Songs About Jane czuć, że ta kapela mogłaby podbić najpierw amerykańską, a potem światową scenę muzyczną. I nie ma się co oszukiwać – tak też przecież zrobiła. Lecz jest to scena popowa, a nie rockowa.
W ostatnich kilkuset słowach starałem się Wam, ale też samemu sobie, wytłumaczyć nurtujące mnie pytanie, zawarte we wstępie tego felietonu. Generalnie, to są moje gdybania. Grzebiąc w Internecie, poszukiwałem jakiegokolwiek wywiadu, w którym ktoś z zespołu rozwiałby moje wszelkie wątpliwości. Jednak nie znalazłem zupełnie nic. Albo takowe wytłumaczenia nie zostały udostępnione w sieci, albo żaden z dziennikarzy przepytujących zespół nie miał jaj, żeby zadać im niewygodne pytanie. Obstawiam to drugie.
Maroon 5 to obecnie jeden z największych popowych zespołów na świecie. Konkurować z nimi w tej kategorii może chyba jedynie One Republic. Sprzedali dziesiątki milionów płyt, kocha się w nich cała Ameryka, ale też i znaczna część świata. Adam Levine ze zwykłego, szarego lidera anonimowej kapeli, stał się mega gwiazdą, wyrywającą piękne kobiety, które marzą o spędzeniu z nim choćby jednej nocy. Póki co, zapędy te muszą odsunąć na dalszy plan, bo Levine w wakacje 2014 został mężem Behati Prinsloo, która – pewnie bardzo Was zaskoczę – jest modelką.
Maroon 5 to zespół spełniony. Wybudowali swoją własną markę, znaną milionom osób. Ich koncerty, trasy, sprzedają się jak świeże bułeczki. Są ustawieni praktycznie na całe życie.
Poza tym Levine oraz reszta składu i tak nie przeczytają moich powyższych narzekań. A nawet, gdyby jakimś cudem ten felieton trafiłby na ekrany ich macbookowych ekranów w języku angielskim, to zawarte w nim treści mieliby generalnie w dupie.
W sumie im się nie dziwię. Na ich miejscu też bym miał.
