Site icon All About Music

Czeski cyrk z happy-endem. Relacja z koncertu Garbage w Pradze (Czechy)

Jest takie przysłowie – do trzech razy sztuka. Wzięłam je bardzo głęboko do serca i na poważnie, może nawet zbyt poważnie.

Nie mam bladego pojęcia, czy Garbage wrócą do Europy – jak już to do Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji, Hiszpanii… tak zgaduję. Ewentualnie może jeszcze ta Dania. Ale Polska i Czechy? Szczerze wątpię, mocno. Pragnęłam więc jak najwięcej koncertów zaliczyć i czeska Praga była moim ostatnim przystankiem – w tym roku, przynajmniej, o ile zespół nie wróci w przyszłym. Reasumując: trzy koncerty Garbage z rzędu w trzech różnych państwach. Szaleństwo totalne i do teraz się dziwię – jak ja dałam radę to wszystko ogarnąć? Nie znam odpowiedzi i chyba już nie poznam. Albo głupi ma szczęście – a że ja bywam dość często głupia to to się zgadza – albo Bóg nade mną czuwał, albo już sama nie wiem co.

fot. Jagoda Dobrzyńska

I najśmieszniejsze (albo: najstraszniejsze) w tym wszystkim jest to, że mogłam tego koncertu nie doświadczyć. Miejsce koncertowe, czyli pałac Lucerna, nie jest dostosowane dla osób niepełnosprawnych za bardzo. Znaczy jest, tylko że bez żadnych wind, czy podjazdów. No i jest to zabytkowy budynek, więc wyobraźcie sobie jak się poczułam, gdy ochrona obiektu nie chciała mnie wpuścić do środka – mimo biletu – bo byłam na wózku inwalidzkim. Wprost powiedzieli, że boją się uszkodzeń jakichś. Ja mogę to zrozumieć, ponieważ pilnowali budynku, ale zabrzmiało to strasznie chamsko i bezczelnie. Zabytek ważniejszy od człowieka. Co ciekawe, ja wiedziałam, że w środku są balkony – ale mężczyźni słowem nie pisnęli o tym. Dopiero, kiedy zobaczyłam inną osobę – która w Lucernie na koncertach była wielokrotnie – na wózku inwalidzkim to się dowiedziałam, że jednak można wejść na balkon. Gdyby nie pomoc obcej kobiety, również fanki Garbage, to prawdopodobnie w ogóle nie byłabym świadkiem tego wydarzenia. Z pomocą kolegi, weszliśmy po prostu po schodach na balkon zostawiając wózek na piętrze, który był pilnowany przez jedną panią z obsługi.

Ale co się nakrzyczałam, nawściekałam i napłakałam z bezsilności oraz wkurzenia – to moje. Co jak co, ale ci ludzie powinni wiedzieć o balkonach – skoro chronią Lucernę – i od razu polecić usiąść tam.

fot. Jagoda Dobrzyńska

Mimo dalekiego widoku, to i tak nie było najgorzej. Chyba cała sala była wypełniona, szczególnie na balkonach. Support przed Garbage, to była Big Joanie ze swoim zespołem i było całkiem sympatycznie. Aczkolwiek wiadomo, że najważniejsi byli ShirleySteveButchDuke i Nicole. Koncert w czeskiej Pradze był moim trzecim i uważam, że najlepszym. I najradośniejszym, w pewnym sensie wręcz najśmieszniejszym – bo nie obyło się bez uroczych wpadek. Słyszałam, że chłopaki i Nicole mieli chwilami problemy z dźwiękiem i słyszeniem własnych instrumentów. Jedynie mikrofon Shirley przez cały czas działał sprawnie. Miałam wrażenie, że oni sami cisnęli z tego bekę – dało się zauważyć, jak Duke trochę wyrolował Shirley „myląc się” z wejściem w odpowiednią nutę przed piosenką I think I’m paranoid.

Genialne było to, jak publika po utworze When I grow up jeszcze śpiewali refren. I to jak Shirley z fanami się droczyła. Nawet zażartowała – a przynajmniej my tak myśleliśmy – czy chcielibyśmy usłyszeć cover innego zespołu, a mianowicie The Cure. Bardzo wzruszająca była przemowa przed kawałkiem Push it, ponieważ Manson wspomniała o zmarłym ojcu. Tego dnia, 9 czerwca, obchodziłby swoje urodziny. Przyznam szczerze, że mi się łezka w oku zakręciła. Push it zostało zadedykowane właśnie jemu i miało to niesamowite pierdzielnięcie. Aż ciary miałam.

Okazało się, że wzmianka o kapeli Roberta Smitha nie była przypadkowa. Gdy Garbage rozpoczynał bisowanie, to zaczęli od coveru… Lovesong. Wydarłam się jak głupia, byłam w totalnym szoku. Ale Boże, jakie to było piękne… Ja marzyłam o tym, by usłyszeć to na żywo w wykonaniu Garbage, więc kolejne marzenie spełnione. Wzruszyłam się niesamowicie. Co ciekawe, od czeskiego koncertu – do teraz – wykonują ten cover, dodali go do swojej setlisty. Kuźwa, no, miałam farta w tym przypadku, to prawda. Na końcu, oczywiście, wybrzmiało Special i Only happy when it rains.

fot. Jagoda Dobrzyńska

A potem przytuliłam Shirley Manson i powiedziałyśmy sobie „I love you”. Lecz to opowieść bardziej do mojego podcastu na YouTube, wobec tego już teraz zapraszam. Nie wiem kiedy będzie, ale będzie. To był totalny czeski cyrk, jednak – na całe szczęście – z happy-endem. Bogu dzięki. Teraz się tylko modlić o to, żeby Garbage kiedyś do Europy, gdzieś tam, wrócili i żebym mogła znowu pojechać. Bo ja, mimo szczęścia absolutnego, to po prostu tęsknię.

Exit mobile version