12 sierpnia minęło równo trzydzieści lat od premiery płyty Metallica. Nazywane potocznie “czarnym albumem” wydawnictwo okazało się być przełomowe nie tylko dla zespołu, ale też dla historii metalu i muzyki w ogóle. Z okazji jubileuszu grupa zdecydowała się wydać wyjątkowy projekt, zatytułowany The Metallica Blacklist, na który trafiło ponad pięćdziesiąt nowych wersji piosenek, które znalazły się na podstawowej edycji płyty. Zostały one nagrane przez imponujące grono współczesnych artystów i artystek, reprezentujących różne style i gatunki muzyczne. Czy projekt ten był dobrym pomysłem? Czy “czarny album” także dziś jest w stanie zainspirować artystów? Czy ten kultowy krążek można przełożyć na bardziej współczesne brzmienie?
12 sierpnia 1991 roku ukazał się piąty album studyjny Metalliki. Płyta zatytułowana po prostu nazwą zespołu okazała się być dla niego całkowicie przełomowa – był to pierwszy krążek grupy, który znalazł się na szczytach list w Ameryce, Wielkiej Brytanii, Australii, Kanadzie czy Niemczech. Płyta osiągnęła ogromny sukces komercyjny i do dziś pozostaje najlepiej sprzedającym się wydawnictwem Metalliki. To właśnie z niego pochodzą uznawane za najlepsze i najbardziej znane numery kojarzone ze słynnym zespołem, z Nothing Else Matters, Enter Sandman, The Unforgiven i Sad But True na czele. Mimo tego, że brzmienie “czarnego albumu” różniło się od poprzednich dokonań grupy, głównie ze względu na cięższe i wolniejsze brzmienie, to spotkało się z szerokim uznaniem krytyków muzycznych, którzy docenili przede wszystkim jego harmonię, autentyczność, dojrzałość, zwięzłość i gatunkowe przekroczenie.
22 czerwca, a więc na niecałe dwa miesiące przed jubileuszem trzydziestu lat od premiery albumu, w sieci pojawiła się nowa wersja kultowej ballady Nothing Else Matters w wykonaniu Miley Cyrus, Eltona Johna, Chada Smitha, Roberta Trujillo, WATT’a oraz Yo-Yo Ma, która stanowiła zapowiedź wyjątkowego projektu The Metallica Blacklist. Pod tytułem tym kryje się tribute album, w nagraniu którego udział wzięło pokaźne grono artystów i artystek, w różnym wieku, różnych kultur, z różnym doświadczeniem muzycznym, reprezentujących rozmaite style i gatunki muzyczne. Każda z zaproszonych osób bądź grup zaprezentowała własną wersję jednego z utworów, które znalazły się na podstawowej edycji albumu. W ostateczności słuchacze otrzymali w sumie aż pięćdziesiąt trzy kompozycje, umieszczone na czterech płytach, których łączny czas trwania wynosi ponad cztery godziny. Co ważne, pełny dochód ze sprzedaży piosenek trafia na cele charytatywne – na założoną przez członków Metalliki fundację All Within My Hands oraz na jedną z organizacji, wskazaną przez wykonawcę/wykonawczynię. Co wyszło z tego monumentalnego projektu? Czy “czarny album” to płyta uniwersalna, którą da się zaprezentować w innym stylu? Czy artyści są w stanie interpretować ją na własne sposoby? Czy aby na pewno wszyscy z zaproszonych podeszli do tego zadania tak twórczo?
Zacznę od tych gorszych aspektów i od razu odpowiem, że niestety, nie wszyscy z zaproszonych dobrze odrobili zadaną pracę i zaprezentowali coś wyjątkowego, nowego. Warto tu przywołać chociażby brytyjski zespół Royal Blood, który na potrzeby płyty nagrał swoją (?) wersję numeru Sad But True. Ich interpretacja to tak naprawdę dokładnie ta sama kompozycja, tylko z nieco bardziej wyeksponowanymi bębnami i głosem Mike’a Kerra. Może ten wykon ma bardziej alternatywny charakter (słychać to zwłaszcza w legendarnej solówce), ale nie wnosi do całości płyty nic interesującego, tym bardziej zdziwiło mnie to, że właśnie ten cover został wybrany jako jeden z utworów promocyjnych, do którego powstała nawet specjalna animacja.
Słabo prezentuje się także na przykład Enter Sandman w wykonaniu Maca DeMarco – to po prostu odegranie tej piosenki, tylko zamiast głosu Jamesa Hetfielda pojawia się głos kanadyjskiego wokalisty, który zupełnie nie umywa się do oryginału. Pod koniec za to słychać jakąś zmiksowaną gitarę, która brzmi jakby ktoś bez większej praktyki złapał za nie nastrojony instrument i odegrał co mu tam wpadło do głowy. To samo tyczy się coveru tego kawałka od zespołu Weezer. Dużo więcej spodziewałam się też po Coreyu Taylorze, który wziął na warsztat Holier Than Thou – i niestety bardzo się zawiodłam. totalna kopia oryginału, praktycznie bez jakiegokolwiek wkładu własnego, szkoda. Nigdy w życiu nie spodziewałam się też, że usłyszę kiedyś Sad But True w wersji country-folkowej – interpretacja Jasona Isbella i the 400 Unit brzmi tak nieprawdopodobnie, nietypowo i tak mocno odbiega od oryginału i od brzmienia Metalliki w ogóle, że do tej pory nie wiem, czy mi się podoba, czy jednak uważam to za przejaw totalnego kiczu i braku smaku. Najgorszym punktem projektu jest jednak Don’t Tread On Else Matters – to jakieś totalne nieporozumienie – ta mieszanka Don’t Tread On Me i Nothing Else Matters zupełnie nie pasuje do reszty kompozycji, które trafiły na płytę – dziwaczna, mnie zniesmaczyła zwłaszcza ta pompatyczna wersja chyba najbardziej znanego kawałka Metalliki.
Nie da się ukryć, że ci artyści i te artystki, którzy zdecydowali się rzeczywiście po swojemu zinterpretować wybrane kompozycje świetnie pokazują, że The Metallica Blacklist to swoisty zbiór najróżniejszych gatunków muzycznych – przez country, hip-hop, brzmienie latino, po rock alternatywny, elektronikę, indie rock czy nawet pop. Fajnie, że Panowie z Metalliki zaprosili do współpracy nie tylko te postaci, które znamy z mainstreamu, ale też mniej znanych artystów, wokalistki czy zespoły. Co ciekawe, wśród gości są także osoby, których w momencie premiery albumu nie było jeszcze na świecie. Warto w tym momencie wspomnieć chociażby o Phoebe Bridgers, która urodziła się trzy lata po wydaniu “czarnego albumu”, ale to zupełnie nie przeszkodziło stworzyć jej przepięknej, barokowej wersji klasyka nad klasykami, czyli Nothing Else Matters. Wokalistka, jak sama przyznała, prowadzi tu swój wokal w podobnym stylu do Billie Eilish, a charakterystyczny riff odgrywany na pianinie ma szansę stać się równie kultowy, co ten gitarowy. Swoją wersję My Friend Of Misery nagrał zespół Cherry Glazerr, na czele którego stoi dwudziestoczteroletnia Clementine Creevy. Ich wersja brzmi bardzo współcześnie (bo nie da się ukryć, że obecnie właśnie takie połączenie rocka, alternatywy i elektroniki to to, co słychać w najpopularniejszych utworach) – trochę przypomina mi to, co Halsey zrobiła na swoim ostatnim albumie. Bardzo przyjemny kawałek, mocno odbiega od oryginału, ale to dobrze – w toku słuchania tego projektu przekonałam się, że właśnie covery pełne własnej inicjatywy twórczej są tu najlepsze.
Na projekcie tym każdy znajdzie coś dla siebie, coś, co go zaskoczy, wciągnie. Jednym z utworów, który trafił totalnie w moje gusta jest Enter Sandman w wykonaniu Riny Sawayamy. Jej wersja tego klasyka jest jeszcze głośniejsza, mocniejsza, łączy metal z brzmieniem elektronicznym, co nadaje mu zupełnie nowego, niespodziewanego charakteru. W tle przewija się gdzieś głos Jamesa i słynny riff, co sprawia wrażenie, jakbyśmy mieli do czynienia z jakimś najlepszym na świecie remixem. Rina tu nie tyle śpiewa, co krzyczy ten niepokojący tekst. Świetna robota. Słuchanie The Unforgiven w wersji hip-hopowej to nietypowe przeżycie, ale nadal ciekawe – muzycy z Flatbush Zombies pozostawili w refrenie głos Jamesa, a sami dodali rapowane zwrotki – to jak muzyczne lata 90’ w pigułce. Na projekcie jest tylko jeden cover utworu Of A Wolf And A Man ale za to jaki! Folkowa wersja w wykonaniu zespołu Goodnight, Texas nabiera ogromnej dozy magii, którą tylko potęguje wielogłos, wspaniały wykon. Ogromnym zaskoczeniem była też dla mnie country wersja Nothing Else Matters od Chrisa Stapletona, która brzmi jak żywcem wyjęta z jakiegoś klasycznego westernu, a trwająca prawie trzy minuty solówka jest po prostu majestatyczna. Nie można też nie wspomnieć o cudownym, jazzowym podejściu Kamasi Washingtona do wspomnianego już My Friend Of Misery – aranżacja ta mocno wyróżnia się na tle całego albumu – te solo na fortepianie i saksofonie! Wersja ta tak bardzo odeszła od oryginału, że wiem, że gdybym słuchała jej nie znając kontekstu, w jakim powstała, prawdopodobnie nie rozpoznałabym, że to cover Metalliki.
Na wydawnictwie, poza różnorodnością gatunkową, mamy różnorodność kulturową, którą słychać przede wszystkim dzięki dźwiękom latino. Meksykański duet gitarowy Rodrigo y Gabriela podjął się stworzenia własnej wersji zamykającej album kompozycji The Struggle Within. Jeden z dwóch instrumentalnych utworów na tej płycie już na początku, gdy charakterystyczne bębny, które słychać w intro oryginału, zyskują latynoskie brzmienie, sugeruje słuchaczowi, że to podejście będzie zupełnie nieoczywiste. Chociaż w toku piosenki słychać, że linia melodyczna została jak najbardziej zachowana, a momentami całość nabiera ostrości, to nie da się ukryć, że mamy do czynienia ze świetną inicjatywą własną. Fanów Metalliki mocno zaskoczyła wśród gości obecność kolumbijskiego piosenkarza J Balvina, który zaprezentował własną wersję Wherever I May Roam – muzyk totalnie zmienił ten utwór. Zarapowany w języku hiszpańskim, skrócony o ponad połowę, pozostawił tylko brzmiący w tle charakterystyczny riff – gdy pod koniec pojawia się wokal Jamesa i klasyczna linia melodyczna piosenki, całość prezentuje się jak remix. Nie jest to brzmienie, którego słucham na co dzień, ale całość zabrzmiało naprawdę ciekawie.
Powoli zbliżając się do podsumowania, przejdę teraz do moich totalnych faworytów. Od początku była nią psychodeliczna, hipnotyzująca wersja Sad But True St. Vincent. W toku słuchania zakochałam się w balladowej interpretacji tego samego utworu od Sama Fendera – piękne piano i wzniosły głos wokalisty to najwspanialsze elementy tej wersji. Takim samym arcydziełem jest ascetyczna wersja Nothing Else Matters w wykonaniu charyzmatycznego Dave’a Gahana. Lider Depeche Mode otula głosem słuchacza – i tu nic już więcej nie potrzeba. Wspaniale brzmi też The Unforgiven w wersji Cage The Elephant – klasyk ten w stylu indie rocka brzmi tak bardzo intrygująco, że nie można się od niego oderwać – delikatna gitara, zmysłowy śpiew Matta Shultza i mamy małe muzyczne cudeńko. Drugie niesamowite podejście do jednej z najbardziej rozpoznawalnej piosenek Metalliki zrobili Vishal Dadlani, DIVINE i Shor Police, czyli indyjscy artyści, którzy podeszli do swojego coveru nieszablonowo, przerabiając go na swoistą mieszankę indyjskiego rocka, rapu i popu – najciekawsza pozycja z płyty numer 2.
Through The Never to piosenka, którą zdecydowanie lubię najmniej z całego oryginalnego albumu, ale nie ukrywam, że wersja pochodzącego z Ułan Bator zespołu folkmetalowego The HU to kompletnie inna bajka. Grupa wykorzystała w tym coverze charakterystyczne dla siebie elementy, czyli np. mongolskie instrumenty czy gardłowy śpiew chöömej, nadając całości tak ostrego i mrocznego charakteru, że sprawia wrażenie, jakbyśmy mieli do czynienia z black metalem – świetne. Nie można też zapomnieć o wspomnianej na samym początku nowej wersji Nothing Else Matters – Miley powala swoim głębokim głosem z rockowym zadziorem w coverze, w którym towarzyszą jej Elton John, Chad Smith, Robert Trujillo, WATT oraz wiolonczelista Yo-Yo Ma – niby ta wersja brzmi jak oryginał, ale jest w niej coś tak urzekającego, zwłaszcza w momencie, gdy wchodzi piano Eltona, a w tle pobrzmiewają delikatne dźwięki wiolonczeli, że naprawdę chce się do tego wracać. Całość jest majestatyczna, nic dziwnego, że właśnie ten utwór zapowiedział cały projekt.
Dobrze, że ten tribute album powstał. Projekt jako całość jasno pokazuje, że legenda Metalliki, kultowego “czarnego albumu” jest nadal żywa i może inspirować współczesnych artystów do bardzo interesujących, zachwycających, a momentami bardzo zadziwiających i nie zawsze udanych własnych wersji najsłynniejszych numerów zespołu. Zdecydowanie na minus zbyt duża ilość piosenek, które brzmią jak oryginały numerów z Metalliki ze zmienionym wokalem – to właśnie one wypadają najsłabiej na tle całego projektu. Co ciekawe, z moich obserwacji wynika, że najciekawsze, najodważniejsze wersje stworzyli młodzi artyści i młode artystki, którzy nie żyli jeszcze w czasach, gdy “czarny album” znajdował się na szczytach list przebojów. Na pierwszy rzut oka zniechęcająca może być także sama ilość tego materiału, ale w toku słuchania okazuje się, że zaciekawienie bierze górę, a godziny na słuchawkach mijają w mgnieniu oka. Niekiedy jednak męczące staje się słuchanie różnych wersji jednej piosenki kilkanaście razy pod rząd – tak się dzieje chociażby z Nothing Else Matters, której interpretacji na projekcie znajduje się aż dwanaście! Jest to zdecydowanie najbardziej imponujący i majestatyczny ze wszystkich powstałych dotąd tribute albumów. Niestety, za tą majestatycznością idzie także duża nierówność. Ale nic nie jest perfekcyjne – mimo swojego komercyjnego sukcesu, “czarny album” też taki nie jest. Nie da się jednak ukryć, że jest to hołd w zdecydowanej większości udany, świadczący o tym, że legenda nigdy nie przemija.
