Przy okazji zestawienia moich ulubionych letnich utworów wspominałam już o zespole Crystal Fighters i ich utworze Plage, lecz spokojnie mogłabym do niego wsadzić cały krążek Cave Rave. Słuchałam go w domu i miałam niezwykłą przyjemność wysłuchania go w kawałku na koncercie i jestem pewna, że te piosenki – choć nieco w cieniu debiutanckich nagrań – mają niezły potencjał na hit i album z nimi na pewno znajdzie miejsce w płytotekach niejednego wybrednego słuchacza indie rocka.
Crystal Fighters pokochałam za oryginalność, zaskakujące pomysły, później doszedł do tego stosunek z fanami, kontakt i niezwykła energia na koncertach (byłam na dwóch, jesienią pojawię się na trzecim). Gdy usłyszałam kilka dni przed premierą sample z nadchodzącego albumu moje zainteresowanie zwróciły dwa utwory – No Man oraz Love Natural. Gdy album pojawił się w streamie męczyłam go bardzo długo i nie przekonał mnie. Zrobiłam sobie przerwę i później już na spokojnie po premierze jeszcze raz dosadnie mu się przyglądnęłam. Różnice pomiędzy tym co grupa oferowała fanom w 2010 roku a w tym widać gołym okiem. Mniej tu szaleństwa, mniej rozmaitości, kompozycje są wygładzone, widać, że w studio działo się dużo. Nie jest to jednak powód by go skreślać, w żadnym wypadku nie czyni go to gorszą pozycją w dyskografii tego zespołu.
Przejdźmy do konkretów. Krążek rozpoczyna pogłos morskiej fali, czyli kompozycja Wave. Początek jest spokojny, jak na CF powiedziałabym, że aż za spokojny. Następnie mamy LA Calling – do szybkich także nie należy – lecz nie można się oprzeć cudownemu urokowi tej kompozycji, który tworzy delikatna gitara. Czuć lato, zabawę i czuć przede wszystkim jak oni bawią się tym co robią. Jak dla mnie bomba! Nim się oglądniemy znów ta cudowna gitara wita nas w singlowym nagraniu You & I. Jest coraz szybciej, kawałki nabierają tempa, a w okolicach refrenu jest już całkiem nieźle. Zdecydowanie sprawdza się on na żywo – może właśnie dzięki temu jest mi lepiej to oceniać, ponieważ podczas koncertów każdy kawałek bez wyjątku zmienia się w wulkan energii. Separator daje się poznać mocniejszym i zdecydowanym wokalem i wyraźnymi dźwiękami txalaparty. No Man to od początku mój faworyt i tak też pozostaje za każdym odsłuchaniem. Bridge Of Bones to istna sielanka, czaru dodają delikatne klawisze i urocze chórki. Love Natural to mój kolejny faworyt na tym dysku – kolejny i ostatni. W Are We One znów płyta nabiera tempa i jest to koncertowy mus. Genialnie sprawdza się na scenie. Pod koniec znów emocje opadają – These Nights i Everywhere to pełen spokój i opanowanie, nie ma w nich miejscach na szaleństwo.
To, że na drugiej płycie Crystal Fighters zwolnili tempo nic nie znaczy i wcale nie robi się przez to ona nudna. Różni się ona od debiutu zdecydowanie, ale to dobrze i w niczym jej to nie ujmuje. Może nie jest aż tak przebojowa jak Star Of Love, ale za to Crystal Fighters zachowali na niej 100% Crystal Fighters i to cieszy!
