
Cała impreza zaczęła się tuż po godzinie 16. w sobotę. Organizatorzy tak dobrali artystów, aby każdy znalazł tu coś dla siebie. I choć festiwal nazywa się CoRock, co z góry mogło by sugerować tendencję stylistyczną koncertów, to byli tu przedstawiciele także innych brzmień.
Mjut
Festiwal zaczął zespół Mjut ( przez „jot”,”u” otwarte i” „te” na końcu, co powtarzał nam wokalista zespołu Patryk Kienast i skłaniał, abyśmy od tej pory tak pisali słowo „miód”). Sami określają, że grają alternatywną piosenkę elektroakustyczną. I tak właśnie było. To chyba było najlepsze zaskoczenie tego wieczoru. Przyznam się bez ogródek, że nie znałem twórczości tego zespołu przed tym wydarzeniem. Mój błąd… To jednak co zagrali, i jak zaprezentowali swoje kompozycje, sprawiło, że tuż po powrocie do domu od razu odpaliłem Youtube i zacząłem słuchać ich utworów. To chyba najlepsza rekomendacja jaką mógłbym tu dać. Od teraz Zorientowani na sukces i Do końca wszystkiego na stałe zagościmy na mojej codziennej playliście.
Lorein
Od samego początku dobrze zapowiadał się także występ zespołu Lorein. Znany między innymi z programu Must Be the Music band, od samego początku przyciągnął sporą liczbę słuchaczy pod sceną. I choć może nie było tłumów, to trzeba zauważyć, że było słychać i śpiewy pod sceną, i gromkie brawa. Choć nie jestem fanem takiego grania, dobrze bawiłem się przy takich piosenkach jak Pozytywny czy Przyjaciel D. Panowie naprawdę wykonali kawał dobre roboty.
Łąki Łan
Wszystko czego mogliśmy się spodziewać zabrzmiało natomiast podczas świetnego i co najważniejszego energetycznego i kolorowego koncertu zespołu Łąki Łan. To było moje drugie zetknięcie koncertowe z ekipą Paprodziada, wcześniej uczestniczyłem w ich ubiegłorocznym koncercie w toruńskim Lizard Kingu. Ani na chwilę jednak nie nudziłem się. Zespół ma to coś w sobie, co przyciąga słuchacza. Można nie być fanem ich twórczości, ale nie da się przejść koło nich obojętnie. Ich występy są w całości dopracowane w niemal każdym szczególe, co bardzo podoba się publiczności. Wszystko przy tym wydaje się być spontaniczne, przez co słuchacze chętnie tańczą, śpiewają i krzyczą. Bez wątpienia był to najbardziej energetyczny występ tego wieczoru, w którym panowie zagrali swoje największe przeboje wliczając w to Łan Pała, Lovelock czy moje ulubione Łan for Me ( z wokalem Bartka Królika aka Zająca Cokictokloca, który hipnotyzuje mnie od pierwszych wersów).
O.S.T.R.
Nieco zawiedziony jestem występem O.S.T.R.a Jego występ trwał zaledwie 30 minut, z czego prawie połowę przegadał swoimi przesłaniami do narodu. Z jednej strony jest to ciekawe, z drugiej jednak trochę odciąga to nas od jego twórczości, która jest przecież tak bogata (!!!). Kolejny zespół tłumaczył jego skrócony występ obsuwą czasową, przez co raper postanowił skrócić swoje bycie na scenie. Ostry jednak wynagrodził to swoim fanom, za co należy mu się wielki szacunek. Po skończeniu występu, postanowił wrócić przed barierki i przybić piątkę z publicznością. Chętnie rozdawał autografy, robił sobie zdjęcia z fanami i z nimi rozmawiał. Widać, że ma z nimi świetny kontakt – został tu chyba ponad pół godziny i uszczęśliwił każdego, kto chciał z nim zamienić choćby słowo.
happysad
Zespół happysad, który wydał niedawno nową płytę, postanowił iść w trochę innym kierunku niż zwykle. Ich brzmienie trochę się zmieniło, lecz w ciąż jest to ten sam znany i kochany happysad. Na uwagę zasługuje między innymi fakt, że zespół przybył do Torunia z własną trzyosobową sekcją dętą i klawiszowcem, dzięki występ był bardzo urozmaicony. Panowie przyjechali tu promować swój album Jakby nie było jutra, i to właśnie na niej głównie był skoncentrowany występ. Z racji jednak festiwalowej rozpiski musieli skrócić swoje granie. Mi najbardziej przypadły do gustu ich energetyczne utwory, ale jak było widać pod sceną wielu sympatyków miały też bardziej stonowane kompozycje.
Coma
Festiwal zwieńczył koncert zespołu Coma w ramach ich najnowszej trasy koncertowej. Z okazji 10-lecia wydania ich debiutanckiego albumu Pierwsze wyjście z mroku. Coma zaprezentowała nam wszystkie koncertowe wersje piosenek z tego krążka. Ci, którzy zatem znają ich od początku i uczestniczyli w ich pierwszych koncertach. mogli je usłyszeć na nowo. Mieliśmy zatem okazję posłuchać i Leszka Żukowskiego, i Chaos kontrolowany, i Ocalenie czy chociażby bisowy Listopad. Duże wrażenie zrobiło na mnie wykonanie Stu tysięcy jednakowych miast, podczas których cała widownia usiadła, co zrobił także Rogucki. Tak, było to największe koncertowe uderzenie tego wieczoru.
Całą imprezę trzeba uznać za udaną. Nie zgromadziła może tysięcy osób, co było możliwe, ale kilkugodzinny maraton podobał mi się. Akustyka miejsca nie była najgorsza, całość wypadła nieźle. Największym minusem jak się okazało później z relacji publiczności, był brak piwa po drugim zespole (skandal!! – usłyszałem), no bo jak można funkcjonować na festiwalu rockowym bez napoju chmielowego… Nie była to jednak wina organizatora, co trzeba tu zaznaczyć.
Fotografie wykonał Jakub Molin (All About Music)

