Słuchając Dee Gees, dance’owego wcielenia Foo Fighters, przypomniałem sobie zdziwienie, jakie odczułem przy okazji premiery Medicine At Midnight, niedawno wydanej płyty Dave’a Grohla i spółki. I teraz myślę, że to było nic w porównaniu z tym, co czułem, słuchając Hail Satin.
To de facto dwie zlepione z sobą EP-ki. Zupełnie odmienne stylistycznie, ujawniające różnorodność muzycznych inspiracji i nieszablonowość członków Foo Fighters. Pierwsza to hołd dla gigantów ery disco, druga to odgrzanie kotleta z niedawno wydanej płyty. Niezbyt udanej, trzeba przypomnieć, ale więcej o wrażeniach z Medicine At Midnight przeczytacie tutaj.
Z czego znani są Bee Gees? Charakterystyczny falset braci Gibb czy oszczędne, ale bardzo melodyjne instrumentarium stało się znakiem rozpoznawczym drugiej połowy lat 70. XX wieku. To czasy, kiedy disco weszło do mainstreamu, John Travolta był szczupły, „Gorączka sobotniej nocy” była hitem box office’u, a Bee Gees, którzy byli autorami soundtracku do filmu, okupowali pierwsze miejsca list przebojów na całym świecie. Niech skalę ich popularności zobrazuje pomocna w takich sytuacjach statystyka, mówiąca o tym, że Bee Gees sprzedali ponad 120 mln sztuk płyt (niektóre zestawienia szacują tę liczbę nawet na ponad 220 mln). To po prostu jeden z najbardziej kasowych zespołów w historii muzyki. Nic dziwnego, że stali się inspiracją i wzorem dla wielu próbujących swoich sił w branży muzycznej.
I tak dochodzimy do współczesnych gwiazd rocka, zapełniających stadiony fanami, Foo Fighters, którzy na płycie Hail Satin przeistoczyli się z długowłosych rockmenów w dyskotekowych imprezowiczów w średnim wieku. O nie, nie mówimy o tribjutowym albumie z przearanżowanymi disco-hitami na pełną przesterów gitarową modłę z dodatkiem głośnej perkusji. Foo Fighters naprawdę zamienili się w Bee Gees. Jest falset, jest delikatne i melodyjne granie na instrumentach, jest po prostu seventisowo. You should be dancing, yeah! – śpiewają Foo Fighters i robią to tak wiernie odwzorowując Bee Gees, że niewprawne ucho mogłoby nie wychwycić różnicy.
Album zawiera największe hity Bee Geesów – You Should Be Dancing, Night Fever, Tragedy, More Than a Woman i Shadow Dancing (w oryginale zaśpiewany przez Andy’ego Gibba, najmłodszego z braci Gibbów, który nigdy formalnie do Bee Gees nie dołączył). Brakuje chyba tylko słynnego Stayin’ Alive, ale nie odczuwa się tego braku w tym swoistym karaoke. Bo trudno to nazwać inaczej, niż właśnie karaoke czyli zabawę-konkurs na najbardziej zbliżone do oryginału wykonanie powszechnie znanego hitu. I trzeba przyznać, że Foo’s idzie to całkiem nieźle, ale po co?
To pytanie o sens wydania albumu nasuwa się tym bardziej, że druga część Hail Satin to live’y z Medicine At Midnight. Po disco zabawie dostajemy pop rock, którego związków z Bee Gees doszukiwać się bardzo trudno. Co Foo Fighters chcieli tutaj osiągnąć albo udowodnić? Chyba tylko to, że są zespołem, który może coś takiego zrobić i liczyć na to, że ujdzie im to na sucho. Zupełnie tak, jakby już poprzedni album nie był wystawianiem na próbę cierpliwości fanów. „Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?” – zdają się pytać swoich fanów Foo Fighters. Ale z drugiej strony, nie oczekujmy od Dave’a Grohla przewidywalności. To nigdy nie było w jego naturze. Jest tak bezpretensjonalnie „równym gościem”, że powstało już na ten temat sporo tekstów w zupełnie poważnych mediach. Trudno więc mieszać z błotem i kończyć karierę komuś, kto nie tylko robił dobrą muzę, ale jako jeden z niewielu w branży pozostaje naturalny i po prostu chce się dobrze bawić. Niech się bawi, a ja tymczasem zachęcam do wrzucenia na słuchawki The Colour And The Shape zamiast Hail Satin.

