Site icon All About Music

Ciara – Beauty Marks (2019), recenzja Christiana Cieślaka

Prawie piętnaście lat od premiery debiutanckiego dzieła Goodies, Ciara przeszła bardzo długą artystyczną drogę. Przez wielkie hity jak 1,2 Step i przez te mniejsze jak Dance Like We’re Making Love, Amerykanka z lepszymi lub gorszymi efektami broniła tytułu księżniczki R&B. Beauty Marks, jej siódme muzyczne dziecko, jasno mi pokazało, że ma zdecydowanie większy talent do tworzenia pojedynczych kompozycji, niż pełnoprawnych albumów.

Twórczość Ciary Princess Harris towarzyszy mi w istocie od samego początku mojej wędrówki po galaktyce gwiazd światowej muzyki oraz ich nierzadko inspirującej twórczości. Niestety, poza wspomnianym debiutem, jej owe towarzystwo ograniczało się w moim przypadku głównie do singli oraz teledysków. Dlatego też tym bardziej podszedłem od recenzji Beauty Marks z ogromną ciekawością i z jasno sprecyzowanymi oczekiwaniami. Chcę by ten album był przepełniony tańcem, zabawą, niezblazowaną życiową mądrością oraz lekką dozą dystansu do siebie. Niestety, po raz drugi, pierwszy kontakt z tym dziełem był stosunkowo rozczarowujący. Czemu? Słuchając nieznanych mi do tej pory utworów, które przeplatały się gdzieś między piątką znanych mi już singli, czułem znużenie spowodowane ich niezbyt innowacyjną linią melodyczną i dość banalną warstwą tekstową. Tak było. Na szczęście dla tego krążka, z każdym kolejnym przesłuchaniem co raz bardziej wkręcałem się w to, co Ciara przygotowała dla swoich, w tym też i dla mnie, słuchaczy.

Z poznanych wraz z premierą albumu utworów najlepiej wypadały tylko, albo aż, dwie kompozycje. Po pierwsze Set, ostra, wyrazista i poruszająca temat kobiecej niezależności piosenka, która fantastycznie działa jako kontynuacja singlowego Level Up, nakłaniającego słuchaczy i słuchaczki do stawiania sobie w życiu wysokopoziomowych wyzwań. Po drugie zamykający cały krążek tytułowy Beauty Marks, czyli sztampowa, acz szczera ballada o miłości oraz akceptacji swoich wad, które tak jak nasze zalety, definiują to kim w istocie jesteśmy. Co do reszty, to mówiąc o tym zupełnie uczciwie, jest bardzo przeciętnie. Na Na pomimo fajnej melodyjki, przy której można by potupać nóżką, to jego banalny i trywialny tekst już mnie trochę od tego tupania powstrzymuje. Tak samo mam w przypadku Girl Gang, który w moim mniemaniu mógłby być fanatyczny, a tak jest co najwyżej w porządku. Refren tego utworu to połączenie ze sobą kilku rymujących się słów, by brzmiały młodo, dziewczęco i zabawnie, co ostatecznie okazuje się dziecinne i niezwykle infantylne. Trust Myself jest po prostu nudne i banalne, ale za to I Love Myself to prawdziwe ‘cudo’. Pierwszy problem to jego długość – po prostu za długi. Po drugie – udział Macklemore’a, który wydaje mi się tu kompletnie zbędny, choć gdyby był bardziej skondensowany, z pewnością spojrzałbym na niego przychylniej. Po trzecie – tyle razy pada w tym utworze fraza „I love myself”, że już przy trzecim razie zacząłem w to szczerze wątpić. Utwór nieudany, a szkoda.

Przechodząc do zdecydowanie przyjemniejszych elementów, to muszę przyznać, że wszystkie pięć singli promujących album Beauty Marks to zacnie wyprodukowane, wykonane i wyrażone przyjemnymi dla oka teledyskami kompozycje. Co prawda każda z nich jest na dobrą sprawę z innych stylistycznie parafii, jednak nie można im odmówić uroku oraz tytułu naprawdę dobrych piosenek. Level Up to fonograficzny diament. Kompozycja genialna od początku do końca. Nieco mniej eksperymentalny Dose również cudownie wbiło mi się w mój mózg, pieszcząc go dźwiękiem orkiestry rodem z najlepszego amerykańskiego colleage’u. Pomimo mojej początkowej niechęci wobec Greatest Love, dziś mogę uznać go za doprawdy udaną grę między klasycznym R&B, a bardzo modernistycznymi brzmieniami muzyki elektronicznej. Zaś takie przeciętniaki jak Freak Me oraz Thinkin Bout You, pomimo dość miałkiej warstwy lirycznej, cieszą mnie swoją bezkompromisowo taneczną melodią, co się również bardzo mocno chwali.

https://www.youtube.com/watch?v=5HsRDuRSgQQ

Tym samym mogę powiedzieć, że album Beauty Marks artystycznie stoi na rozstaju dróg. Krążek zatrzymał się między sztampowym, patrz banalnym i przewidywalnym R&B, a czymś zdecydowanie więcej, co można było usłyszeć za sprawą chociażby Level Up, czy Greatest Love. Ogólnie nie jest źle, jednak mogło być z pewnością lepiej. Pojedyncze składowe tego dzieła z pewnością wypadają atrakcyjniej, niż pod jednym szyldem o tytule Beauty Marks. Ciara dla mnie nadal pozostaje księżniczką R&B, jednak i od księżniczek wymagam tego, co najlepsze, tym bardziej znając ich naprawdę ogromne umiejętności.

Exit mobile version