Nie każde połączenie jest słuszne. I nie każde dobrze się kończy. Większości z nas mamy nie radziły popijać mlekiem kiszonych ogórków. Kto ową radę przyjął do serca, może nie dokończa zrozumie tę aluzję. A co jeśli podobną ekstremalną fuzję zastosujemy w świecie dźwięków? Starzy producenccy wyjadacze i nastoletnia wokalistka? Synthpopowe bity połączone ze słodziutkim soulowym głosikiem? Nie każdy jest w stanie ułożyć z tego równanie, ale tym Szkotom się udało. Witajcie więc na muzycznej uczcie u Chvrches!
Na ich debiutancki krążek oczekiwali nawet najbardziej prestiżowi krytycy muzyczni. Dali temu wyraz w corocznym plebiscycie BBC Sound of 2013, gdzie trio z Glasgow wylądowało na piątej pozycji, wyprzedzając m.in. The Weeknda. The Bones of What You Believe, nie mogło być inaczej, zostało świetnie przyjęte przez słuchaczy, zyskując jak na nieco alternatywny wydźwięk materiału całkiem sporą liczbę stałych wielbicieli. A ci z pewnością pamiętają niezliczoną liczbę festiwali na których zespół prezentował swoje dzieło. Chvrches zagrało na takich wydarzeniach jak Coachella, Bonnaroo, Sasquatch, Lollapalooza, Australasia’s Laneway Festival, Reading & Leeds czy Summer Sonic w Japonii. Jeśli wierzyć statystykom, wystąpili oni na 364 scenach w przeciągu tych dwóch lat które mijają od wydania The Bones… Koncert co drugi dzień, a w między czasie nagrywanie kolejnego albumu. Na szczęście muzykom energii nie brakuje, czego dowodem jest wydany właśnie Every Open Eye. Trio w składzie Iain Cook, Lauren Mayberry i Martin Doherty wróciło do tego samego studia co dwa lata wcześniej by nagrać album równie dobry jak poprzedni. Ani lepszy. Ani gorszy.
Słuchacze, którzy znają Chvrches pewnie mają przekonanie, że to nie produkt międzynarodowej wytwórni płytowej pokroju Taylor Swift cz Iggy Azalei. Natomiast ci którzy po raz pierwszy odpalili sobie Every Open Eye na swoich odtwarzaczach przekonają się o tym niemal już po pierwszy dźwiękach otwierającego Never Ending Circles. Brzmienie wydobywające się z nich to powiew świeżości, organiczności w warstwie muzycznej i autentyczności w warstwie tekstowej. Tak jak obiecywali, na drugim albumie wprowadzili zasadę więcej za mniej – zamiast przekombinowanych i silących się na oryginalność utworów stworzyli intensywne i wciągające bangery używając podstawowych zasad melodyczności i rytmiczności. I tak refreny w wykonaniu wokalistki Laurel Mayberry nie są już delikatnymi dopełnieniami zawieszonymi na granicy dream- i electropopu jak to miało miejsce za czasów The Bones… Na recenzowanym wydawnictwie nie ma miejsca na przypadkowość. Eitisowe syntezatory wynoszone są na zupełnie inny, wyższy poziom, hooki wybuchają gdzieś w przestrzeń z zaskoczenia, przez co ciężko czasami odróżnić gdzie zaczyna się refren, a gdzie kończy zwrotka. Potwierdza to niekomercyjność Every Open Eye, jego naturalność, świeżość, całkowitą i niekontrolowaną nieprzewidywalność. Nie jest to album do wiodących, a na pewno nie polskich rozgłośni radiowych, choć słuchając chociażby singlowego Leave The Trace, bardziej wygładzonego i migoczącego różnorodnymi dźwiękami, ma się wrażenie, że przy odrobinie szczęścia mógłby śmigać w playlistach jak Kevin na Polsacie zimową porą.
Podczas odsłuchu takich kawałków jak Keep You on My Side czy Clearest Blue zdaje się, że Lauren i spółka skierowała swój muzyczny azymut bardziej w stronę napisu dance niż indie. Aranżacje są pełniejsze, większe, bardziej donośne, głośniejsze, przez co warto pierwszy kontakt z Every Open Eye „przeżyć” z słuchawkami na uszach. Zmienił się również styl śpiewania głównej wokalistki: jest trochę dojrzalej, trochę soczyściej, trochę bardziej emocjonalnie. Trochę. I choć mogłoby być lepiej, to wokal nie przeszkadza – wystarczy go po prostu polubić. Polubić można również głos Martina Doherty’ego, który ponownie wychodzi zza konsolety by również stanąć przy głównym mikrofonie. W High Enough To Carry You Over czy bonusowym Follow You muzyk nie tylko stanowi męskie echo na tle wokalu Lauren, ale prezentuje cały wachlarz swych bądź co bądź miernych zdolności wokalnych. Tak jak pisałem kilka wersów wyżej – owa mierność nie przeszkadza rozkoszować się numerami, a i one przywodzą na myśl dokonania Born Gold co bez pardonu można dopisać po stronie zalet drugiego albumu Chvrches.
Nagrywanie tego jedenastooczkowego materiału w tym samym klimatycznym studiu nagraniowym co poprzednika nie mogło nie odbić się na chociażby pojedynczych utworach. I tak obok przejęcia wokalnych sterów przez Martina (na The Bones… było to Under The Tide), mamy galopujące Empty Threat podobne stylistycznie do debiutanckiego Gun czy lekkie Down Side of Me kontynuujące w pewnym sensie debiutanckie Tether.
Chvrches nagrało godnego następcę The Bones of What You Believe. Martwić może to, że Szkoci nie wykonali praktycznie żadnego progresu w stronę udoskonalenia swojej muzyki. A stagnacja w dłuższej perspektywie po prostu nie może się podobać. Z drugiej jednak strony nowym materiałem nie przymilają się do mainstreamowego świata, nie próbują stać się kolejnymi sezonowymi popowymi sensacjami, zachowując w oczach fanów (w tym również w moich) autentyczność. A o to chyba we współczesnym zmanierowanym światku chodzi.

