Site icon All About Music

Christina Aguilera – Back to Basics (2006), recenzja Zuzanny Janickiej

Na początku była niewinną dziewczynką pamiętającą czasy Klubu Myszki Miki. Później zrzuciła ubranie, zaczęła zachowywać się kontrowersyjnie i wulgarnie i kazała mówić na siebie Xtina. A przy okazji nagrała krążek o jakim jej fani mogli tylko pomarzyć. Perfekcyjny pod każdym względem. Szczery, bezkompromisowy. Więc kiedy w sieci pojawił się teledysku do pierwszego singla promującego Back to Basics (Ain’t No Other Man), nikt nie mógł uwierzyć, że to ta sama osoba.

Miłość do Jordana Bratmana bardzo Christinę zmieniła. Zaczęła ubierać się elegancko, zerwała z imprezowym życiem – no i nagrała płytę, na której składa hołd złotej erze Hollywood. Mimo tak wielu zmian, jedna rzecz pozostała taka sama: Aguilera nadal stawia przede wszystkim na rozwój oraz tak samo jak wcześniej (a momentami jeszcze lepiej) czaruje głosem. Zastosowała dość trudny zabieg. Chciała, by jej nowe wydawnictwo było dwupłytowe. Na początku wytwórnia nie chciała się na to zgodzić – jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Wytworzenie takiej płyty więcej kosztuje. Mimo wszystko Christina była twarda i postawiła na swoim. Uważam, że był to świetny pomysł. Na pierwszej płycie znajdziemy bowiem piosenki nawiązujące do lat 20/30/40 XX wieku mające w sobie jednak sporo r&b, hip hopu, a nawet śladowej ilości muzyki elektronicznej. Krótko mówiąc – nowoczesne spojrzenie na muzykę z tamtych lat.

Muzyka na drugim krążku jest jakby nietknięta. Brak tu nowoczesnych zabiegów, nie ma też użytych sampli. I właśnie ta druga płyta opanowała moje serce i uszy. Każda piosenka się czymś wyróżnia. Na początku mamy intro Enter the Circus. Tytuł zdradza to, co usłyszymy. Następnie Welcome. Nieco pompatyczny, wzniosły numer. Ale mimo to bardzo czarujący. Dalej czeka na nas swingowe Candyman, seksowne Nasty Naughty Boy, sprawiające efekt jakby ‘ze starego radia’ I Got Trouble, wzruszająca balladę Hurt. No i dochodzimy do piosenki, która dosłownie zwala z nóg: Mercy On Me. Utwór zaczyna się chórkiem. Mnie to kiedyś odpychało, ale teraz uważam, że to genialny wstęp do tego, co będzie dalej. Aguilera tak śpiewa, że aż ciarki przechodzą po plecach. Tekst utworu również jest genialny.

Oh lord have mercy on my soul for I have walked a sinful road so I’m gonna get down on my knees beg forgiveness to help set me free Lord have mercy on me, please (PL: Och władco ocal moją duszę Bo zbłądziłam na drodze pełnej grzechu Wiec klękam na kolanach błagam odpuść mi i uczyń wolną od grzechu Władco, proszę ocal moją duszę).

Przy Mercy on Me niej blakną niestety dwa ostatnie utwory: Save Me From Myself (tak Christina jeszcze nigdy nie śpiewała) i The Right Man (wspaniała orkiestra, cudowny nastrój).

Płyta pierwsza jest nieco tylko gorsza. W Intro (Back to Basics) wyjaśnia, dlaczego postanowiła pójść w takim kierunku:

I`m going back to basics To where it all began I`m ready now to face it  (PL:  Wracam do podstaw Gdzie to wszystko się zaczęło Teraz jestem gotowa aby się z tym zmierzyć).

Świetne. Z następnych kawałków polecam przede wszystkim Back In the Day, Ain’t No Other Man, balladę Oh Mother (nie dorównuje jednak wersji live) i F.U.S.S. Jedyną piosenką, która nie zdobyła mojego uznania jest spokojne On Our Way. W przeciwieństwie do innych utworów jest dość nijakie i mało interesujące.

O płycie Back to Basics mogłabym napisać jeszcze więcej. Jest w końcu o czym. Najbardziej jednak podoba mi się to, że Christina do wszystkiego podchodzi perfekcyjnie. Mogła nagrać płytę zawierającą nieco soulu czy jazzu, a ona przygotowała cały krążek razem z orkiestrą i muzykami, na co dzień zajmującymi się właśnie taką muzyką. Dlatego też słuchanie Back to Basics to wspaniałe przeżycie. Dlatego też ogromnie polecam.

Exit mobile version