Rok 2013 był dla Chrisa Browna niemal jak rollercoaster. Zaczął się niewinnie, małą sprzeczką z Frankiem Oceanem oraz przedłużeniem czasu, który muzyk miał spędzić na pracach społecznych (za pobicie wiadomo kogo). Później jednak wokalista wpadał w coraz większe problemy. Ostatecznie trafił na odwyk i do więzienia. To wszystko odbiło się na muzyce. Premierę X (wtedy nazywanego Carpe Diem) stale przesuwano, a kolejne single porzucano. W końcu jednak Chris wrócił na wolność i płytę wydał.
Wydarzenia w życiu osobistym miały swoje odbicie w kompozycjach nagrywanych przez wokalistę. X, a poprzednie dwa krążki (F.A.M.E. oraz Fortune), dzieli przepaść. Wcześniej było lekko, przebojowo, tanecznie, często i wesoło. Nowy album muzyka sprawia wrażenie o wiele dojrzalszego, bardziej przemyślanego, a także i osobistego. Zmianę widać nie tylko w klimacie, ale i gatunku. Pop oraz muzyka taneczna wymienione zostały na r&b i hip hop z małymi tylko wpływami elektroniki.
Na krążku znalazło się miejsce aż dla 17 (21 w edycji deluxe) piosenek. O ile na Fortune wszystkie zlewały się w jedną, nijaką kupę (poza może tragicznymi Turn Up the Music czy Don’t Wake Me Up), tak tu kawałki są wyraziste i szybko wpadają w ucho. Krążek należy ponadto do różnorodnych. Od mainstreamu, przez spokojne kawałki, aż do trapu (X) i bardziej czarnych klimatów. Dla każdego coś miłego. Chris Brown zaprosił także do współpracy wielu artystów, bardziej (Lil Wayne, Akon, Usher) lub mniej (Jhené Aiko) znanych.
Krążek otwiera kompozycja tytułowa. Jest to jeden z jego najmocniejszych punktów. Urzekł mnie delikatny początek tego nagrania. W dalszej części dochodzą jednak elektroniczne dźwięki. Początkowo mnie irytowały, dziś uważam, że pasują tu jak nigdzie indziej. No i ważny okazuje się tu tekst – niby opowiada o rozstaniu, byłej dziewczynie, lecz ja interpretuję go jako rozliczenie się z przeszłością i pewne spojrzenie w przyszłość. Bardzo podoba mi się fragment:
I swear to God I’m moving on
Jeszcze większe wrażenie zrobił na mnie utwór Autumn Leaves. Wolniejszy, ale i dosyć tajemniczy, przygnębiający. No i ze świetną, agresywną partią Kendricka Lamara. Ze wszystkich gości na płycie to właśnie on wypadł najlepiej. Szybko polubiłem także subtelne, dojrzałe Do Better ze wspaniałym gościnnym udziałem Brandy oraz wieńczące krążek (i jednocześnie będące świetnym chilloutem) Drunk Texting z debiutującą wokalistką Jhené Aiko.
Cztery wyżej wymienione piosenki to zdecydowanie najlepsze utwory na X. Jednak nie tylko one są warte uwagi. Fanom rapu polecam mocne, wyraziste, może i nieco wulgarne Loyal. Subtelniejsze, bardziej romantyczne (i jak ulał pasujące do stylu Ushera) jest z kolei New Flame. Szybko do gustu przypadły mi dwie kompozycje: taneczne Add Me In oraz Stereotype, które wcale takie stereotypowe nie jest. Produkcja i melodia prezentują się niezwykle interesująco, szkoda tylko tego auto-tune w refrenie. Samego siebie wokalista przeszedł natomiast w dynamicznym i nawiązującym do muzyki… folk (!) See You Around.
Żeby jednak nie było tak różowo, muszę niestety przyznać, że na X znalazły się również utwory słabe, niepotrzebne, wrzucone na siłę. Należy do nich Songs on 12 Play, swoiste nawiązanie do debiutanckiej płyty R. Kelly 12 Play. Sam R. Kelly również się tu pojawia – w bezbarwnym i monotonnym Drown in It. Z kolei kawałki takie jak Don’t Be Gone Too Long (dziwię się, że wycięto z niego partię Ariany Grande, mógłby z tego wyjść radiowy przebój), Time for Love czy irytujące Body Shots to niczym się niewyróżniające, electropopowe piosenki, o których szybko się (na szczęście) zapomina.
Tekstowo jest różnie – raz całkiem nieźle (X, Do Better), innym razem banalnie (nieco wymuszone rymy w Add Me In) czy w końcu trochę zbyt wulgarnie (Loyal, Body Shots). Wiem, wiem – rap rządzi się swoimi prawami. Do mnie jednak o wiele bardziej przemawiają teksty w stylu nieco refleksyjnego, przygnębiającego Autumn Leaves czy też trochę ckliwego, ale ładnego i w ogólnym rozrachunku podnoszącego na duchu See You Around. Ogólnie jednak to jest część płyty, nad którą nie ma sensu się dłużej rozwodzić.
Polecam sięgnąć po edycję deluxe X. Oprócz wyżej opisanych utworów znajdziecie na niej m.in. intrygujące Fine China, które mógłby wykonać nawet Michael Jackson, czy też Don’t Think They Know z ładnie wplecionym samplem wokalu Aaliyah. Wróćmy jednak do podstawy. Uważam, że Chris Brown nagrał jeden ze swoich najlepszych albumów, nieporównywalnie ciekawszy i bardziej zajmujący od chociażby dwóch poprzednich. Choć może nie ma tu wielu autobiograficznych utworów, mamy bardzo dobrze wyprodukowany longplay, który w kategorii R&B oraz hip hop stoi na światowym poziomie. A utwory takie jak Autumn Leaves czy X są naprawdę znakomite. Brawo, dobra robota.

