Chris Brown w końcu wydał swój nowy album Royalty. Fani nie mogli się doczekać, ale w końcu jest! Czy warto było wyczekiwać z zapartym tchem? Pora się przekonać.
Royalty to przeciętny album, który bardziej rozczarowuje niż zachwyca. Jego otwarcie jest mocne: Back to Sleep (moja ulubiona piosenka tej płyty) jest utrzymana w typowym dla Chrisa stylu, ale wnosi coś nowego. Słychać u niego spory postęp muzyczny. Podoba mi się melodia i energia, tekst jest dobrze podkreślony elementami funky, wplecionymi między R&B. Do tego, jak na niemal całej płycie, słychać, że muzyka podąża za modnymi teraz trendami. Drugi utwór, Fine by Me, jest utrzymany w podobnym stylu, brzmi jednak bardziej dance’owo. Z jednej strony podoba mi się energia i ciekawy wokal, z drugiej odrobinę razi tandeta pre-hooku i oklepanego beatu w refrenie. Gdy mówimy o braku nowości, to słysząc pre-hook Picture Me Rollin’ mam ochotę pod koniec każdej frazy śpiewać can’t hold us down!, bo melodia narzuca jeden z pierwszych przebojów Aguilery o tym samym tytule. Jednak mimo to, piosenkę uważam za udaną, a tekst za dość oryginalny.
Większość utworów sprawia wrażenie skomponowanych poniżej talentu amerykańskiego piosenkarza. Wrist, Liquor i Zero oscylują wokół słowa „f**k” i tematów z tym związanych. Czasem teksty potrafią być seksowne i głębokie, lecz w tym wypadku brzmią kiczowato, tanio, właściwie rodem z rynsztoku, co kontrastuje z tytułem płyty. Rozumiem, że królewskim elementem jest nalewanie szampana? Szkoda, że robi to czarnuch, który lubi duże dupy i cycki, jak sam śpiewa.
Little More (Royalty) podoba mi się, gdy nie myślę o tekście. Przepiękna melodia porusza mnie do głębi. Piosenka dedykowana córce (Royalty) zawiera wieloznaczne frazy, przez które mi jako słuchaczowi jest po prostu niewygodnie. Mam wrażenie, że Brown nie umie mówić o kobietach inaczej, niż w kontekście seksu lub braku zaufania. Smutne, skoro ma świeżo-upieczoną córeczkę. Może z czasem ona otworzy mu oczy na świat i sprawi, że artysta rozszerzy horyzonty.
Na płycie pojawiają się lekko trapowe kawałki, np. Day One albo wspomniane już Wrist. Dla mnie to takie trochę wypełniacze, jednak przynajmniej pozostają w klimacie albumu. Natomiast od jakiegoś czasu nie mogę pojąć po co w ogóle Brownowi kawałki dance’owe. Anyway jest nudne i zbyt cukierkowe. Ma ona swój trapowy fragment, który poprawia odbiór, ale oczywiście krótki urywek nie jest w stanie uratować całej piosenki. Funkowo-dancowe No Filter także nie porywa. Jedynie linijka in the city zaśpiewana została energicznie: ożywia i ciekawi.
Chris Brown głównie znany jest z R&B, ale o dziwo one także są bez pomysłu. KAE z wersji deluxe i Proof brzmią miałko. Nie można ich odróżnić od miliona innych piosenek (jedyny plus to charakterystyczna barwa głosu Chrisa).
Make Love jest za to wyjątkowo dobre. Może to nawet najlepsza piosenka piosenkarza ostatniej dekady? Przeczytałam taką opinię i mimo że chyba nie posunęłabym się aż tak daleko, to niewątpliwie jest to piosenka z duszą. Może to elementy soulu, a może fakt, że wykonawcy udało się w studio przekazać emocje. Wszystko razem sprawia, że piosenka zawiera jakiś nieuchwytny dodatek, który ja nazywam x-factorem i który rzadko występuje, szczególnie w wersjach studyjnych.
Podsumowując, spodziewałam się o wiele więcej po tym albumie. W większości jest konsekwentny, słyszę większą dojrzałość muzyczną, ale jest też zastraszająco nudny. Elementy hip hopowe i trapowe bardziej ujmują niż dodają, ani jedna piosenka R&B nie porywa. Brakuje dobrego klimatu i pomysłów tekstowych i melodycznych.

