Zdawało się, że ta premiera zwiastuje narodziny nowej gwiazdy muzycznego biznesu, a stało się zgoła inaczej. Mowa tutaj o Chlöe Bailey oraz jej debiutanckim krążku In Pieces, z którym wiązałem wiele nadziei. Niestety, jego tytuł okazał się idealnie opisywać to, co miał nam do zaoferowania – niepasujące do siebie kawałeczki muzycznej twórczości.
Początki solowej kariery Chlöe były w moim mniemaniu wyjątkowo obiecujące. Have Mercy, Treat Me, Surprise i For The Night to świetne numery, o których chyba każdy debiutant mógłby marzyć. By tego było mało, Have Mercy zrobiło niemałe zamieszanie – dwudzieste ósme miejsce na liście „Billboard 100” i niezaliczona ilość występów w ramach wszelakich muzycznych gal. Wszystko zdawało się iść w świetnym kierunku – piosenki są, wokal też, sceniczna charyzma jak najbardziej; chillera utopia. Jak to się zatem stało, że In Pieces zadebiutowało na 118 (sic!) miejscu amerykańskiej listy sprzedaży?
In Pieces to kolekcja de facto jedenastu porządnych, choć dość przeciętnych przebojów z nurtu R&B. W zasadzie to by było na tyle, bo trudno jest mi coś więcej powiedzieć o tym albumie. Nie potrafię stwierdzić czy to artystyczna decyzja samej Chlöe, czy jednak jej producentów, co nie zmienia faktu, że była to decyzja zła. In Pieces nie niesie za sobą żadnego charakterystycznego elementu czy pomysłu, co by odróżniło go od konkurencji. Tak naprawdę jego autorem mógłby być ktokolwiek – sama Chlöe nie wniosła w ten projekt na tyle siebie, żebym mógł w pełni utożsamić tych kilkanaście piosenek właśnie z nią.
In Pieces to klasyczna, żeby nie powiedzieć banalna, opowieść młodej kobiety o miłości oraz jej wszelakich odcieniach. Na szczęście dla Chlöe, to nie szablonowość jej historii czyni ten album tak bezpłciowym, bo to strona muzyczna ciągnie wszystko w dół. Co jego prawda produkcja jest na poziomie i od strony technicznej nie mogę mieć do niej żadnych zarzutów, tak nie da się ukryć, że jest bardzo bezpieczna i zachowawcza. W przeciwieństwie do pierwszych singli Chlöe, brak tym utworom jakichkolwiek emocji, czy to radości, czy sensualności. Nie czuje ze strony autorki zaangażowania w swoją twórczość, a szkoda, bo dotychczas nie miałem wątpliwości, że cieszy się swoją solową karierą.
Od strony technicznej, In Pieces naprawdę trzyma wysoki poziom, jak zresztą przystało na wytwórnię Beyoncé. Tylko co z tego, kiedy za tym poziomem nie kryje się w zasadzie żadna zabawa dźwiękiem, nie myśląc nawet o tym, co czysto merytorycznie mógłbym ją określić. Choć wszystko zdaje się być na miejscu, zarówno technicznie, jak i lirycznie, tak elementy te ze sobą po prostu nie współgrają. Co by jednak nie mówić, chciałbym docenić Chlöe za jej teksty, które jak na ten moment są naprawdę spoko.
Plus In Pieces jest też taki, że im więcej razy się go słucha, jednocześnie nie zagłębiając się w jego lekturę, naprawdę może dać co nieco przyjemności. Na pewno przyjemności nie dostarczyły mi takie piosenki jak Feel Me Cry, Looze U i How Does It Feel z udziałem Chrisa Browna. Te są wtórne i najbardziej monotonne spośród całej stawki. Natomiast wśród tych przyjemniejszych wymienię chociażby taki Cheatback. Mam wrażenie, że to właśnie w tą piosenkę Chlöe się najbardziej emocjonalnie zaangażowała, co słychać w jej pięknym i ciepłym głosie. Make It Look Easy również potrafi poruszyć, a to za sprawą swojej melodii. Co w sumie trochę smutne, najlepiej w tym wszystkim wypada intro In Pieces, czyli Someone’s Challing – szkoda, że ten klimatyczny saksofon nie zagościł też w innych numerach. Pochwale też takie piosenki jak Body Do oraz I Don’t Mind, bo czemu nie.
In Pieces na pewno nie dostarczył tego, do czego Chlöe jest w moim mniemaniu zdolna. Chciałbym dostać zdecydowanie więcej i jak się okazuje nie tylko ja, czego publiczność dała już wyraz. Wielka szkoda, choć liczę, że jeszcze usłyszymy o tej młodej wokalistce oraz o jej świetnej muzyce.

