Site icon All About Music

Cher Lloyd – Sorry I’m Late (2014), recenzja Filipa Wiącka

Nie lubię tych wszystkich talent showów. Nie dość, że jest ich zwyczajnie za dużo, to nieczęsto oferują nam dobrą muzykę. Widać to dobrze na przykładzie brytyjskiego X Factora. Co prawda to dzięki temu programowi mamy piękną Leonę Lewis, ale to z niego wylęgły się także takie potworki jak Little Mix, One Direction (choć trzeci album jest niczego sobie) czy James Arthur. A do której grupy należy Cher Lloyd? Bliżej jej niestety do tej drugiej. Jej debiutancki krążek zatytułowany Sticks + Stones zawierał kilka dobrych piosenek, lecz jako całość irytował infantylnością, nijakimi tekstami i mało oryginalnymi melodiami. I, niestety, dokładnie tak samo napisać mógłbym o Sorry I’m Late.

Przez te 3 lata, które minęły od premiery Sticks + Stones Cher nie poczyniła żadnych postępów. Jej muzyka to wciąż tani i mało wymagający pop z elementami muzyki tanecznej oraz elektronicznej. Nadal słychać jej rap (małe fragmenty), brak natomiast dubstepu obecnego w kilku kawałkach z debiutu. Ale może to i dobrze, bo Dub on the Track czy Over the Moon utrzymane w tym stylu zdecydowanie nie zachwycały. Mamy za to trochę więcej spokojnych utworów. Całość nadal brzmi cukierkowo, banalnie i nieoryginalnie.

W listopadzie ubiegłego roku Lloyd wyszła za mąż. Niedziwne więc, że jej nowe piosenki opowiadają głównie o radości i spełnionej miłości. Tak jest chociażby w Just Be Mine czy Alone With Me. Czasem wokalistka próbuje nas natomiast przekonać, że jest tylko człowiekiem, chce iść na motherfucking party of the year lub też w końcu rozstaje się z ukochanym (Sweet Despair). I tu znów pojawia się jeden z największych problemów płyty – powtarzalność oraz brak oryginalności. To wszystko już gdzieś było, przewałkowane nie raz i nie dwa.

Pierwsze słowa, które nasunęły mi się po przesłuchaniu Sorry I’m Late, to… sorry, you’re late. Taka płyta wrażenie mogłaby zrobić 10 czy też 20 lat temu (choć i w to wątpię). Dziś pozostawia słuchacza zupełnie obojętnym. Piosenki podobne do tych tu zawartych słyszymy ciągle: w radiu, telewizji, reklamach. Cher Lloyd niczym nie różni się od innych Selen Gomez czy Lady Gag. A sama płyta brzmi jak zlepka wielu innych artystów. Słodkie, ale zadziorne i z pazurem M.F.P.O.T.Y. przez gitarowy refren brzmi jak odrzut z płyty The Best Damn Thing Avril Lavigne. Przebojową balladę Sirens mogłaby (z lepszym efektem) wykonać Lea Michele, z kolei delikatniejsze Human miejsce znalazłoby na którejś ze starszych płyt Miley Cyrus. Kawałkami I Wish oraz Dirty Love zainteresować mogłaby się Rihanna. Tyle że ona przerobiłaby je na międzynarodowe hity. Gdy śpiewa je Cher, ma się jedynie ochotę wcisnąć przycisk next.

Bez wątpienia najlepszą kompozycją na Sorry I’m Late jest delikatna, akustyczna ballada Goodnight. To bodajże jedyna piosenka, w której zabrakło ingerencji komputerów. To subtelny i bardzo oszczędny pod względem aranżacyjnym utwór. Usłyszymy w nim jedynie gitarę akustyczną, instrumenty smyczkowe (w końcówce) oraz świetnie brzmiącą (wreszcie!) piosenkarkę. I aż szkoda się robi, kiedy z błogiego spokoju wyrywa nas hałaśliwe M.F.P.O.T.Y

Co jeszcze znajdziemy na płycie? Chociażby Just Be Mine, którego zwrotki zrobiły na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Znacznie gorzej odbieram refren, w którym w kółko powtarzają się mono sylaby ah ah ah. Męczą także rapowane Killin’ It, kiczowate Alone With Me, w którym ilość syntezatorów przekroczyła zalecaną ilość, czy też przyjemnie się zaczynające, lecz już w refrenie stające się kolejnym, głupkowatym, electropopowym kawałkiem Bind Your Love.

Sirens jest dobre, Goodnight jest świetne. I Wish da się znieść, podobnie jak M.F.P.O.T.Y. Całej płyty zaakceptować się już nie da. Cher Lloyd nagrała po prostu drugą, bardziej wygładzoną wersję debiutu. Skoro Swagger Jagger i With Ur Love dobrze się przyjęły, to czy coś mogło pójść nie tak? Jak widać mogło. Piosenki są wtórne, nijakie i, co zauważyłem przy trzecim czy czwartym przesłuchaniu, zbyt grzeczne. Brak tu szaleństwa, jakiegoś mocnego punktu. Ale czy Cher naprawdę chce być stawiana w jednym rzędzie z Demi Lovato? Mam więc nadzieję, że na kolejnym krążku pójdzie bardziej w klimaty Goodnight. A może zaszaleje i nagra coś w klimacie Swagger Jagger/Dub on the Track? Wszystko, byle nie kolejne Sorry I’m Late.

Exit mobile version