Upał, żar, skwar. Dziennikarze w programach informacyjnych mogą odetchnąć z ulgą w swoich klimatyzowanych pomieszczeniach, bo w czasie wakacyjnego sezonu ogórkowego mają choć jeden temat, który się sprzeda. W końcu cała Polska lubi narzekać na pogodę. Nie ważne czy gorąco, czy mroźnie. W ostatnich dniach najprzyjemniej jest na sklepowych stoiskach z nabiałem, ale ochłodzić się można także za pomocą dobrze dobranej muzyki. Brzmienia proponowane nam przez amerykańską wokalistkę Chelsea Wolfe z powodzeniem przeniosą nas do zimnych zamkowych lochów.
Abyss, czwarty studyjny album artystki, ukazał się dwa lata po Pain Is Beauty. Chociaż na wydanym w 2013 roku krążku Chelsea nie rezygnuje z mrocznej, gotyckiej stylistyki, która stała się jej znakiem rozpoznawczym na samym początku kariery, poczuć możemy, że coś jednak się zmieniło. Wolfe chętniej sięgnęła po elektronikę, wzbogacając nią swoje bluesowo-rockowo-folkowe melodie. Pomysł ten kontynuuje na nowej płycie. I to z powodzeniem.
Zaczyna się od konkretnego uderzenia. Carrion Flowers to oparta na mocnych basowych dźwiękach kompozycja. Ciekawie kontrastują one z (jak zawsze) nawiedzonym wokalem Chelsea. Ostre melodie towarzyszą nam także w kolejnej propozycji – jeszcze lepszym Iron Moon. Niemalże zahaczająca o metal piosenka łagodząca jest cichymi zwrotkami, które swoim dziwnym spokojem uderzają w słuchacza bardziej niż hałaśliwy refren. Głośnym numerem jest także Dragged Out, który zwraca uwagę podkręconym komputerowo wokalem Wolfe. Przywodzący na myśl album Apokalypsis utwór Maw otwiera przed nami lżejszą, choć nie mniej wciągającą i tajemniczą część nowego wydawnictwa Amerykanki.
Grey Days zaskakuje. Nie przypominam sobie, by w którejś innej piosence Chelsea brzmiała… tak ludzko, tak normalnie, tak nieponuro. Utwór należy niestety do najsłabszych momentów Abyss. Wzrost formy obserwujemy w następnej kompozycji – After the Fall. To bardzo niepokojąca, jakby wyjęta ze ścieżki dźwiękowej do dobrego horroru piosenka, która odznacza się sporą ilością komputerowych ulepszaczy. Jakby dla kontrastu zestawiona została z Crazy Love – delikatną, elektroniczno-folkową propozycją. W podobnym tonie utrzymane jest Simple Death. Mroczniej robi się za sprawą opartego głównie na gitarowych dźwiękach Survive. Color of Blood ponownie eksploatuje elektroniczne, duszne rytmy, a zamykające wydawnictwo nagranie The Abyss (takie, jak lubię – tajemnicze, nawiedzone, mogące wywołać wspaniałe nocne koszmary) jest jedną z najlepszych piosenek na nowym albumie Chelsea.
Muzyka w stylu tej, jaką tworzy amerykańska wokalistka, zawsze będzie mi bliska. Lubię takie klimaty, lubię to uczucie zagrożenia i niepewności, jakie towarzyszy mi podczas słuchania pochmurnych i ponurych nagrań Wolfe. Taką muzykę czuje się każdą komórką ciała. Potrafi przeniknąć słuchacza na wylot. Czy Abyss jest największym dziełem Chelsea? Nie. Tu wciąż królują Apokalypsis i The Grime and the Glow. Tegoroczny krążek plasuje się zaraz za nimi. Mocna płyta, ale mająca kilka mniej wciągających fragmentów.

