Site icon All About Music

Celebracja prostego życia. Lana Del Rey – Blue Banisters, 2021 (recenzja)

Blichtr. Sława. Bogactwo. To, co dawniej stanowiło trzon jej muzyki, dziś stało się jedynie wspomnieniem. Zmiana nadchodziła stopniowo – jej pierwsze kroki śledziliśmy na marcowym krążku Chemtrails Over The Country Club, by wraz z całą swą mocą opanowała Blue Banisters – najnowsze wydawnictwo Lany Del Rey. Wydawnictwo, na którym obnaża się słuchaczowi jak nigdy i definiuje nie jako artystka, lecz dojrzała kobieta spragniona miłości i prostego życia. Jak wcześniej powiedziała „Opowiadam swoją własną historię. Nikt poza mną nie może tego zrobić”. Te słowa są najlepszą zapowiedzią tego, co dzieje się na tym krążku. Z jednej strony boląca przeszłość, z drugiej nadzieja na lepsze jutro.

Ostatni okres nie był dla wokalistki najłatwiejszy. Fala nieprzychylnych komentarzy, krytykujących każdy jej krok, zalała ją tak mocno, że postanowiła przelać swój żal i rozgoryczenie w muzykę. Zaledwie dzień po premierze Chemtrails zapowiedziała pracę nad nowym materiałem – znanym początkowo jako Rock Candy Sweet – w którym to ona sama opowie o swoim życiu, bo tylko ona ma do tego prawo. To był pierwszy znak, że nadchodząca muzyka będzie w intymny sposób dotykała trudnej przeszłości artystki. Potrzeba zabrania głosu oraz rozliczenia się z rozdrapywanymi ranami stała się trzonem Blue Banisters i świadczą o jego autentyczności i sile.

„Myślę, że można to nazwać podręcznikową historią” – tymi słowami Lana otwiera nie tylko piosenkę Text Book, ale również całą płytę. W snuciu opowieści towarzyszy jej minimalistyczny instrumental w postaci prostego fortepianu i echa własnych słów. To preludium pierwszej części płyty, w zupełności poświęconej temu, co z jednej strony przeminęło, a z drugiej nadal sprawia ból. Podobnie jest w przypadku Wildflower, Wildfire. Oba ujrzały światło dzienne już latem i są niesamowicie ważne w odbiorze płyty, jako całości. Ascetyczna, miejscami nużąca, warstwa muzyczna zwraca uwagę na tekst, który nie tylko tu – ale na całym krążku – stoi na pierwszym miejscu. Proste melodie jedynie podkreślają tekst o chłodnej relacji rodziców, która zdefiniowała sposób, w jaki teraz – jako dorosła kobieta – postrzega miłość. I być może, jest to źródło jej destruktywnych związków, które niszczyły ją od środka. Na pewno nie są to komercyjne, łatwe w odbiorze piosenki. Artystka już wcześniej pokazała, że nie interesuje ją już pęd za nagrodami, czy radiowym sukcesem. Tworzy z samej potrzeby tworzenia i dzielenia się z wierną rzeszą fanów swoją przeszłością. Potrzeba czasu oraz przemyśleń, by prawdziwie je docenić.

Dwa kolejne single nie są już powrotem do przeszłości. Tytułowy utwór – równie oszczędny w środkach jak poprzednie promujące – staje się kartką z dziennika Lany. Beztrosko spędza czas z przyjaciółmi i rodziną, a celebracja prostego życia przynosi jej tak dużą radość, jakiej nie potrafiło dać jej nic innego. Przed wydaniem Blue Banisters napisała o nim tak: „Czasem życie zmienia cię zaraz przed rozpoczęciem nowego rozdziału”. Bo o tym jest ten utwór, zamknięciu starego etapu i wejściu w nowy. Czwarty singiel – Arcadia – patrzy daleko w przyszłość. Przy akompaniamencie pianina wokalistka pisze list miłosny do idylli, której nieustannie poszukuje. Pogoń za sławą i wszystkim, co się z nią wiąże już dawno przestała się liczyć. Teraz, dąży do swojej własnej arkadii, przy której jest już coraz bliżej. We wszystkich czterech utworach na próżno szukać odkrywczej produkcji lub niebanalnej muzyki. Jest tak prosto, jak tylko się da. Lecz mówi to o sile, nie słabości tych kawałków. Choć już wcześniej teksty Del Rey miały artystyczny wydźwięk, teraz stają się prawdziwą poezją w towarzystwie muzyki. Personalnie również potrzebowałem czasu, by docenić prostotę singli, które początkowo uważałem za nużące i powtarzalne. Teraz wiem, że są idealnym wstępem do tego, co zostaje odkryte w kolejnych kawałkach. A jest to niemałe zaskoczenie.

Podobną tematykę porusza Black Bathing Suit. To w nim widać esencję zmiany, która nadeszła w życiu wokalistki. Już nie potrzebuje płonącego romansu i miłości, która niszczy. Wystarczą jej najzwyklejsze, codzienne czynności, lecz z osobą, która będzie obok. Produkcja stoi w nim na najwyższym poziomie. Choć zaczyna się spokojnie i leniwie, z każdą sekundą zyskuje na sile. Surowe, nieprzyjemne dźwięki stają się coraz mocniejsze i głośniejsze, by osiągnąć apogeum w miejscu, gdzie Lana krzyczy o tym, że negatywne komentarze krytyków już ją nie bolą. Budowanie napięcia przez cały kawałek i jego rozładowanie właśnie w tym miejscu to prawdziwy emocjonalny rollercoaster. Dalej jest przerwa na oddech w postaci If You Lie Down With Me. Nostalgicznym klimatem przywodzi na myśl utwory wokalistki sprzed kilku lat. Nic dziwnego, w końcu znajdują się w nim sample z American, a sam utwór powstał już w 2013 roku. Z jednej strony spokojny, a z drugiej jakże hipnotyzujący. Szczególnie refren, w którego prostocie można przepaść. Lecz to co najlepsze, przychodzi na samym końcu. Eksperymentalne outro z jazzowymi elementami, które pasuje tu jak nic innego.

Środek Blue Banisters to najmocniejsze akcenty. Dealer to utwór dobrze znany fanom, bo pierwotnie miał się znaleźć na Chemtrails. Ostatecznie po dodatkowych szlifach pojawił się tu z ciężkim basem, perkusją i mieszanymi wokalami Lany oraz Milesa Kane’a. Brudny, surowy instrumental również rośnie na sile, a z przeciągłego wokalu artystki w refrenie wypływa prawdziwy żal i gniew. Tak mocno, że śpiew przechodzi w krzyk, który powoduje ciarki na całym ciele. Po hipnotyzującym outro artystka nie daje odpocząć słuchaczowi, bo przychodzi pora na Thunder. Ta piosenka również zaczyna się niewinnie. Skrzypce i fortepian wprowadzają w słodko-gorzki świat utworu. Podobnie melancholijny śpiew Lany o miłości nieprzewidywalnej i destrukcyjnej niczym burza. Sam kawałek jest jak tytułowy grzmot – uderza z całą siłą w drugim refrenie, gdy dochodzą dodatkowe wokale i perkusja, oraz w bridge’u, gdzie tempo nagle wzrasta. Najciekawszy jest kontrast pomiędzy dość żywą muzyką, a przeraźliwe smutnym tekstem, z którego bije tęsknota i smutek. Burza sentymentów odchodzi równie niespodziewanie jak przyszła, bo piosenkę zamyka intymny szept. Zestawiłem te piosenki nieprzypadkowo – obie wzbudziły (i po kilkunastu przesłuchaniach nadal wzbudzają) we mnie ogromne emocje i nadal brak mi słów, by je wszystkie opisać. Nie tylko produkcja, ale również słowa mają nostalgiczny, gorzki wydźwięk, lecz z cieniem uśmiechu. Już dawno nie słyszałem muzyki, która wprawiła mnie w taki stan.

Z tego apogeum Blue Banisters stopniowo wyprowadza Living Legend – które powstało kilka dobrych lat temu. Wystarczy tam fortepian i gitara, by stworzyć magiczny, melancholijny klimat. Lecz wbrew pozorom, nie jest to piosenka o miłości. To oda do Jane Powers, która widziała w Lanie prawdziwą artystkę, gdy nikt tego nie zauważał. Ten kawałek również wzrasta na sile – pod sam koniec głos wokalistki imituje gitarę elektryczną, czego również nie da się opisać słowami. Dwie ostatnie piosenki to – podobnie jak te pierwsze – fortepianowe ballady. Cherry Blossom zasługuje na miano najdojrzalszej piosenki w szerokiej dyskografii Del Rey. W prostych słowach śpiewa kołysankę dla dziecka (lub samej siebie sprzed kilku lat), próbując je ochronić przed złym, zepsutym światem. Za to Sweet Carolina zostało stworzone w rodzinnym gronie w przeciągu 20 minut. Stanowi idealne zakończenie albumu – w swojej bezpośredniości daje nadzieję i radość. Tak, jak cały album.

Blue Banisters konsekwentnie podejmuje drogę wyznaczoną przez Chemtrails. Nie jest to ani trochę album komercyjny, ani też łatwy w odbiorze. To, że powstał z czystej potrzeby tworzenia czuć już od pierwszych sekund. Nie goni za trendami, nie szuka nagród, czy muzycznych rankingów. To godzinny zapis tego, co tkwi w sercu Lany Del Rey, stąd jego intymność i terapeutyczny wydźwięk. Zaczyna się spokojnie, by w połowie osiągnąć punkt kulminacyjny, po którym emocje znów opadają. Tak powstał album kompletny opowiadający o tym, jak artystka zmieniła się w dojrzałą kobietę, która poszukuje radości w prostym, codziennym życiu. Z jednej strony zróżnicowany, z drugiej stanowi pewną całość. Jego oszczędność i ascetyczność dla niektórych może być jego słabością, dla innych siłą. Moim zdaniem – jest to coś dokładnie pośrodku. Choć początkowo obawiałem się ścieżki, którą obrała artystka, teraz wiem, że podąża w dobrym kierunku. Już nie romantyzuje i dramatyzuje swojego życia, lecz śpiewa o tym, jakie jest naprawdę. I dzięki tej autentyczności przemawia do mnie tysiąc razy mocniej. Blue Banisters to płyta kameralna, lecz również nieprzewidywalna. Dzięki gradacji emocji powstaje wspaniale jako całość. A z każdym kolejnym przesłuchaniem staje się coraz lepsza. Należy dać jej szanse i wejść dogłębnie w jej świat.

Exit mobile version