Site icon All About Music

Capital Cities – In a Tidal Wave of Mystery (2013), recenzja Łukasza Mantiuk

Capital Cities zawładnęli mną. I to tak na poważnie. In a Tidal Wave of Mystery będzie jednym z najlepszych debiutów ostatnich lat, a w tym roku lepszy debiut miał jedynie chyba Dawid Podsiadło. To naprawdę dobry krążek, z którym trzeba się zapoznać.

Oczywiście, że wszyscy znają i kochają Safe and Sound. Ale to dopiero początek – rozgrzewka, przystawka. Na tym krążku wśród dwunastu kompozycji jest wiele lepszych kawałków niż ten, od którego zaczęła się historia duetu.

Indietronica – bo takim gatunkiem określani są panowie Ryan i Sebu to gatunek dla mnie zupełnie nowy. Być może kiedyś się już z nim spotkałem, jednak nikt mi go tak ładnie nie nazwał. Dlatego oficjalnie mogę napisać, że jest to moja pierwsza recenzja albumu indietronicznego. Jakkolwiek dziwnie i laikowo to brzmi.

Hitów na miarę Safe and Sound jest tutaj co nie miara, jednak moim absolutnym faworytem jest kawałek I Sold My Bed But Not My Stereo. Prosty, genialny, letni powiew lata! Wcale nie pogniewałem się również wydaniem na singla Kangaroo Court – kolejna perełka godna poznania. Dobrze, że otrzyma chociaż trochę rozgłosu, chociaż pewnie sukcesu Safe and Sound nie powtórzy. Niespełna trzyminutowe Lazy Lies ma w sobie jakąś nutę Beatlesów – zabijcie mnie za to porównanie, ale po prostu ciut tam ich jest. I jeszcze Origami, kolejny zwariowany popis pozytywnego nadużycia dostępnych technik komputerowych i żywych instrumentów. I jeszcze na dokładkę Farrah Fawcett Hair – utwór ten jest praktycznie przekrojem tego wszystkiego, co znajdziemy na albumie, zawiera w sobie tyle szaleństw, tyle różnorodności, że śmiało może być „twarzą” wydawnictwa. A jednocześnie jest jedną z najbardziej wymagających i „godną nagród” kompozycją.

Uwiódł i kompletnie kupił mnie ten krążek. Począwszy od pierwszego utworu, aż kończąc na swobodnym, chilloutowym Love Away. Panowie świetnie bawią się dosłownie wszystkim – od dźwięków (zwariowane połączenia gitary i różnych instrumentów z elektroniką, samplami i autotune) aż po teksty, które są proste, ale zabawne, niegłębokie ale nie debilne.

Na szczęście – moje i ich – Capital Cities nie chcą odkryć Ameryki. Nie zamierzali i chyba nie zamierzają silić się na tworzenie czegoś, co niby miałoby być ponadczasowe i nie wiadomo jakie. Stworzyli album rozrywkowy, ale w swojej rozrywkowości uroczy. Trzymam za nich kciuki w kategorii Best New Artist podczas Grammy, bo zdaje się, że mają ją zapewnioną. Jest to zdecydowanie jeden z najbardziej świetlistych debiutów tego roku. Może tak wielkiego sukcesu jak rok temu fun. nie odnieśli, jednak przypominają mi trochę właśnie fun. Pojawili się znikąd, są charakterystyczni, zabawni i prości. Grają świetną muzykę, która nie jest wymagająca, a jednocześnie niegłupia. Jeśli hitem lata 2013 jest Blurred Lines Robina Thicke, to In a Tidal Wave of Mystery jest albumem lata. A i w wielu – w tym moim – notowaniach końcoworocznych na pewno się pojawi.

Aha, i zły jestem na siebie, bo wczoraj dopiero odkryłem, że panowie zawitali do Polski i 7 września wystąpili na Burn Selector Festival. Dlaczego nikt mi nie wspomniał o tym?

 

Exit mobile version