
Ponad 6 lat temu miałam okazję być na jednym z pierwszych koncertów Hurts w Polsce. Dwóch elegancko wyglądających Brytyjczyków z minimalistyczną oprawą sceniczną i synth-popowym albumem Happiness skutecznie rozkochało w sobie polską publiczność. I tak już zostało do dzisiaj. Bo chociaż intymność klubową zastąpili większymi salami koncertowymi, a melancholijny romantyzm wpisującymi się w aktualne trendy przebojami, to nie można im odmówić jednego – wyjątkowej więzi z fanami. Teraz nadarzyła się kolejna okazja, aby móc się o tym przekonać. Theo Hutchcraft i Adam Anderson zawitali ponownie do Polski, gdzie na warszawskim Torwarze promowali swój najnowszy materiał z czwartego albumu Desire.
Już przed samym wejściem na Torwar przywitała mnie długa kolejka fanów Hurts. Nic dziwnego! Dwa dni wcześniej brytyjski duet zagrał swój wyprzedany koncert w Hali MTP w Poznaniu. W Warszawie nie było gorzej. Bilety choć dostępne do ostatniego momentu koncertu, ostatecznie rozeszły się wszystkie.
Na kilkanaście minut przed 19 otworzyły się bramy Torwaru i kilkutysięczna publika mogła zajmować swoje miejsca. W pierwszej kolejności oczywiście błyskawicznie zapełniała się płyta, a potem stopniowo trybuny. W międzyczasie na scenie zaczął się lokować support pod postacią elektronicznego duetu z Krakowa Bass Astral x Igo. Wokalista Igor Walaszek i producent Kuba Tracz części mogą się kojarzyć z innego i do tego rockowego projektu Clock Machine. Nie przeszkadza to im jednak w stopniu bezbłędnym odnajdować się w klubowej stylistyce – głęboki i zachrypnięty wokal Igora oraz taniec Kuby to elementy, które zdecydowanie należy usłyszeć i zobaczyć na żywo!
Cierpliwość fanów Hurts o 20.30 została wynagrodzona. Niebieska światłość spowiła całą scenę, na której w pierwszej kolejności ukazały się dwie sylwetki kobiece. Damski chórek rozpoczął całe show od znakomitego intro Desire. Po chwili dołączyli Theo i Adam, a publika zgromadzona w hali Torwar oszalała z radości. Wtedy też przed naszymi oczami ukazała się pełna scenografia koncertowa – ogromny, rozświetlony szaleństwem kolorów żyrandol, współgrające z nim kolorystycznie – pionowe oświetlenie oraz unoszące są w tle formy geometryczne. Panowie wystartowali z przytupem serwując na otwarcie swój najnowszy przebój Ready to Go. Fanom nie trzeba było dwa razy powtarzać, aby przyłączyć się do wspólnej zabawy. Sami zresztą nakręcili brytyjski duet prezentując przygotowane specjalnie na tę okazję kartki z napisem „Always ready to go with Hurts”.
Setlista zaprezentowana w Warszawie obfitowała w najlepsze momenty z dotychczasowych czterech albumów Brytyjczyków. Nie zabrakło takich klasyków jak skoczny Sunday (jako pierwszy poderwał do skoków całą publikę łącznie z trybunami), energetyzujący Better Than Love czy wreszcie nieśmiertelny już hit Wonderful Life. Theo właśnie tę piosenkę zadedykował polskim fanom, dziękując im za wieloletnie wsparcie i motywację do muzycznego działania. Po takiej sentymentalnej podróży, kolejnych wzruszeń dostarczyły emocjonujące Wings (rozświetlając całą halę światełkami telefonów komórkowych), pełne dramaturgii Rolling Stone (podkręcone w końcówce mocną gitarówką Adama) i przejmujące Somebody To Die For podane w akustycznej aranżacji. Również w balladowym tonie, za to z mniejszym ładunkiem emocji, rozbrzmiały najnowsze propozycje z płyty Desire: Hold On To Me, Something I Need to Know i wyróżniający się na tle pozostałych People Like Us – panowie zdecydowanie powinni pomyśleć o nim pod kątem kolejnego singla. Tak właśnie skutecznie operując naszymi uczuciami Hurts zaprezentowali się również w rozrywkowej odsłonie. Stały gwóźdź programu Sandman (z morzem machających rąk), dyskotekowe Lights, jak również mocno elektroniczne Nothing Will Be Bigger Than Us „nie pozwoliły” abyśmy za długo siedzieli na trybunach. Bis oczywiście stanowił tylko formalność, a dwie kontrastujące ze sobą kompozycję (Beautiful Ones i Stay) efektownie podsumowały cały występ. Aż chce się krzyknąć: Stay With Me!
Na koncert Hurts w Warszawie wybrałam się z dużą ciekawością w kwestii koncertowych aranżacji, z pobudek sentymentalnych, ale bez specjalnych nadziei na rozbudzenie dawnej muzycznej namiętności. Niestety z każdą kolejną płytą po debiutanckim Happiness stałam się coraz bardziej oporna na twórczość Brytyjczyków. I chociaż moje odczucia w tym temacie nie uległy zmianie, bardzo doceniam Theo i Adama za jeden ważny szczegół, który umknął mi 6 lat temu – autentyczność na scenie. Widać, że panowie kochają to co robią, potrafią się świetnie bawić i swoim entuzjazmem zarażać publiczność. W końcu kto jak kto, ale Hurts swoich fanów cenią ponad wszystko!

