Site icon All About Music

Bryan Adams – Get Up! (2015), recenzja Jonatana Paszkiewicza

Na swój nowy, autorski materiał, Bryan Adams kazał nam czekać siedem długich lat. W międzyczasie ukazał się co prawda album Tracks of My Years z coverami wielkich światowych utworów w interpretacjach Kanadyjczyka, ale nie od dziś wiadomo, że to własna twórczość decyduje o rozwoju artysty. Mimo imponującej dyskografii, Bryan Adams nie spoczął na laurach – 16 października światło dzienne ujrzał jego trzynasty studyjny album, zatytułowany Get Up!.

Bryan Adams zaskakuje nas na samym wstępie. Kwestią sporną pozostaje odpowiedź na pytanie, czy zaskakuje pozytywnie. Płytę otwiera bowiem energetyczny kawałek You Belong To Me – całkiem inny od tej twórczości artysty, do której na przestrzeni lat zdążył nas przyzwyczaić. Fani muzyka poznali ten utwór jeszcze w sierpniu, kiedy wraz z teledyskiem ukazał się jako pierwsza zapowiedź nowej płyty. Nigdy nie przypuściłbym, że Adams pokusi się o taki repertuar. Repertuar zgoła rockandrollowy, bo choć jego dotychczasowa twórczość była mniej lub bardziej rockowa, to takiej rockandrollowej piosenki nie było jeszcze wcale. Utwór, choć szału nie robi, dla ucha jest całkiem przyjemny. Wśród następnych pozycji znajdziemy piosenki i lepsze, i gorsze.

Nieco bardziej stonowany w porównaniu z poprzednikiem jest utwór Go Down Rockin’. Zupełnie przeciętny, raczej niezapadający w pamięć. To taka wersja light pierwszej piosenki. Miłą odmianą jest trzecia kompozycja, przy której odwracamy się o 180 stopni względem poprzedników. We Did It All znacznie bardziej przypomina starsze utwory wokalisty – te, w których brzmi najlepiej. Właśnie tutaj słychać najlepsze wcielenie Adamsa. Piosenki Don’t Even Try słuchałbym z taką samą przyjemnością, ale cały efekt psują mi gitarowe, depresyjne wstawki – takie, jak ta rozpoczynająca.

Utwór That’s Rock and Roll uznałbym za przedstawiciela całego albumu Get Up!, bo chyba najlepiej oddaje jego klimat. Gdybym miał wskazać alternatywny tytuł dla tego albumu, byłby nim tytuł tej właśnie piosenki. Listę dobrych dynamicznych utworów zamyka Do What You Gotta Do. Siódma albumowa pozycja, Thunderbolt, to już niestety całkowite nieporozumienie, największa przegrana tego krążka. Pomijam fakt niedopasowania tego utworu do pozostałych, ale przede wszystkim dziwię się, że Bryan Adams mógł stworzyć tak ciężkostrawny kawałek. Muzyka jest koszmarna.

Wszystkie utwory z nowej płyty Adamsa cechuje stosunkowo krótki czas trwania, nieprzekraczający zwykle trzech minut. Wyznaję ideę, że lepiej stawiać na jakość, niż ilość, a zatem o ile krótki czas trwania wspomnianego wyżej utworu Thunderbolt jest dla mnie niewątpliwą zaletą, o tyle kolejny, piękny utwór Yesterday Was Just a Dream mógłby trwać znacznie dłużej. Ta kompozycja przypadła mi do gustu najbardziej. To właśnie „stary”, dobry Bryan Adams, ze swoim kojącym głosem i piękną, niewymuszoną muzyką. Może to po prostu kwestia mojego przyzwyczajenia do takiego repertuaru Kanadyjczyka? Nie wiem, ale uważam, że wypracowanego przez lata stylu Adams nie powinien zmieniać.

Podstawową część tracklisty zamyka singlowe Brand New Day – najlepszy rockowy numer z tego krążka. Przyjemnym urozmaiceniem podstawowego materiału zawartego na płycie są cztery utwory nagrane w wersjach akustycznych (Don’t Even Try, We Did It All, You Belong To Me, Brand New Day) – mała rekompensata zbyt krótkich utworów w studyjnych wersjach.

Nową płytę Bryana Adamsa polecam zarówno miłośnikom subtelnie zaserwowanego rock and rolla, jak i fanom „starego” Bryana Adamsa, znanego ze swoich największych przebojów. Polecam z nie do końca czystym sumieniem, bo premierowy repertuar – mimo, że momentami całkiem dobry – ogólnie jest średni, ale warto wyrobić sobie własne zdanie. W końcu Bryan Adams to Bryan Adams. Ja, choć zawiedzionym nazwać mnie nie można, spodziewałem się czegoś więcej. Miałem nadzieję na więcej utworów w stylu znakomitego She Knows Me (jedyny autorski utwór Adamsa na płycie Track of My Yeras, 2014). Tytuł albumu zobowiązuje, a że w tym zakresie wszystko się zgadza, więc tego się trzymajmy.

Exit mobile version