Bruno Mars to bez wątpienia jeden z największych współczesnych fenomenów w muzyce popularnej. Artysta, który pojawił się znikąd w 2010 roku, zyskał miliony fanów w bardzo krótkim czasie. Dwa dobrze przyjęte albumy, hit za hitem, setki wyprzedanych koncertów, dwa występy na słynnym Super Bowl Halftime Show – tak wyglądały ostatnie lata tego Hawajczyka. Na jego kolejny solowy materiał fani musieli czekać blisko cztery lata. Czy 24K Magic było tego warte?
W ciągu swojej nadal dość krótkiej kariery Mars przyzwyczaił wszystkich do tego, że jak dzieli się już nową muzyką, to musi ona być dopracowana w stu procentach. Zarówno produkcyjnie, jak i tekstowo. Bruno to prawdziwy perfekcjonista, który sam pociąga za wszystkie sznurki – pisze, komponuje i produkuje. Facet zna się na rzeczy.
Artysta zdradził przed premierą krążka, że najnowsze dzieło będzie przede wszystkim imprezą w stylu retro. Nie kłamał, bo 24K Magic to album inspirowany funkiem i brzmieniami r&b z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Już od pierwszych dźwięków skłania się ku przeszłości. Jest oldschoolowo, przebojowo, przyjemnie, ale przewidywalnie. Zawartość trzeciej płyty Marsa, choć liczyłem na to ogromnie, nie zaskoczyła mnie nawet przez chwilę. Mimo że jest wytworem-mieszanką wielu stylów muzycznych, utwory nie mają w sobie nic nowego. To muzyczny recykling, którym wielu przypadnie do gustu, przywoła wspomnienia z przeszłości, ale z drugiej strony nie spowoduje opadnięcia szczęki.
Pierwsze światełko ostrzegawcze zapaliło mi się już przy premierze głównego singla promującego album. Tytułowy kawałek, zamiast rozpalić we mnie ciekawość i ekscytację, wywołał dość mieszane uczucia. Niby na pierwszy rzut oka nic złego tu się nie dzieje. Wydaje się, że właśnie tak powinien brzmieć pierwszy singiel. Przebojowo i chwytliwie. Szybko jednak zaczyna tu czegoś brakować. 24K Magic to funkowa impreza w czystej postaci. Ok, pobawimy się, a potem zapomnimy. Tak właśnie traktuje ten singiel. Nie ma w sobie nic szczególnego. To blisko cztery minuty niezłej zabawy z dość aroganckim, pewnym siebie tekstem.
Trzy pierwsze utwory na płycie to typowe hity wyjęte prosto z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, przy których z powodzeniem można podbić niejeden taneczny parkiet. Wspomniane wcześniej 24K Magic, przeciętne Chunky i zwariowanie oldschoolowe Perm, które spokojnie można uznać za kawałek inspirowany twórczością prawdziwego prekursora funku, czyli Jamesa Browna.
Po trzech energetycznych propozycjach, album zdecydowanie zwalnia. Idzie w spokojne dźwięki. Robi się kameralnie, nostalgicznie, dość „pościelowo”. Mars spróbował tymi utworami przypomnieć wielu osobom czar lat dziewięćdziesiątych i słynnych dla tamtych czasów potańcówek. Mimo że nie można odmówić tym kawałkom klimatu, większość z nich zwyczajnie nie przyciąga. Too Good To Say Goodbye i Straight Up & Down daleko do świetnych When I Was Your Man, If I Knew czy It Will Rain. Dużym problemem trzeciego albumu Bruno jest brak tzw. replay value – nawet jeśli płyta Ci się podoba, to dźwięki na niej zawarte nie sprawiają, że chcesz do niej natychmiast powrócić.
Na osobne wyróżnienie zasługują na pewno trzy utwory. W Versace On The Floor dostajemy romantycznego Marsa, prosto z lat osiemdziesiątych, który czaruje przyjemnym wokalem. Robi się zmysłowo i nastrojowo. Moim małym faworytem jest także szybsze That’s What I Like – ewidentnie inspirowane twórczością Boyz II Men. Tutaj Amerykanin łączy interesująco brzmienia soulowe i hip-hopowe z ostatniej dekady XX wieku.
Tylko jeden (!) utwór z całego albumu ma prawo być nazywany bardzo dobrym. Bombowe Finesse to trzy minuty najlepszej muzyki od Marsa. Kawałek zdecydowanie wyróżnia się z całego 24K Magic. Żaden z pozostałych utworów nie ma tak świetnego, zapadającego w pamięć refrenu. Kompozycja nawiązuje głównie do muzyki Bobby’ego Browna. Nie da się nie słyszeć jednak też inspiracji Królem Popu i jego hitem Remember the Time. Może następny singiel?
Mimo że finalnie najnowsze dzieło rozczarowuje, muszę pochwalić Bruno za brzmieniową spójność. 24K Magic to album niezwykle krótki, ale dopracowany i wypolerowany do granic możliwości. Wszystkie dźwięki są na swoim miejscu. Choć nie ma wielkich potknięć, nie ma też najważniejszego – muzycznego błysku. Na 24K Magic wkradło się dość dużo nijakości, monotonii i przeciętnych tekstów, w których królują tematy o kasie, ubraniach, laskach, tyłkach czy seksie. To już było milion razy.
Pewne jest, że nowy album Bruno Marsa spodoba się wielu. To prawdziwy eskapizm. Gwarantuje Wam świetną zabawę, odskocznię od codziennych problemów, będzie idealny na imprezę, ale kiedy go wyłączysz – szybko przepadnie. 24K Magic to krążek, który nie ekscytuje. Czemu? Bo wszystko to już dobrze znamy. Zabawa z retro zawsze niesie za sobą spore ryzyko powtarzalności. Mała rada dla Bruno – mniej zapożyczeń, więcej zaskoczeń.

