Internet dał szansę setkom niezwykłych, nieziemskich i niebanalnych osobowości na zaistnienie w świadomości jego użytkowników. Amerykańskiej raperce Brooke Candy udało się to zrobić już ponad siedem lat temu, jednak dopiero w roku 2019 spełniło się największe marzenie jej fanów, czyli wydanie debiutanckiego krążka. Tym samym zapraszam Was do muzycznego świata, który się nie śnił największym muzycznym filozofom i gwiazdom porno XX i XXI wieku. Oto SEXORCISM!
Moje tegoroczne wakacje upłynęły nie tylko na dużych i małych podróżach, ale i na utworze XXXTC. Tyle ile iksów, tyle było artystek. Brooke Candy wraz z Maliibu Miitch i Charli XCX stworzyły jedną z najlepszych piosenek do rozbierania jakie kiedykolwiek poznały moje uszy. Teledysk również nie odstaje poziomem, ba, jeszcze bardziej podbija jego surrealistyczny charakter i soczyście wulgarny tekst. Premiera drugiego singla, czyli Drip z udziałem celebrytki Eriki Jayne z pozoru sprawił mi dość spory zawód, jednak z każdym kolejnym przesłuchaniem, co raz to chętniej do niego wracałem. Natomiast gdy pierwszy raz usłyszałem duet z dobrze rokującą Rico Nastypod tytułem FMU, byłem kompletnie zawiedziony. W istocie single promujące SEXORCISM idealnie opisują to jaki on jest. Jest dość intrygująco, raczej przeciętnie i czasami żenująco – emocji od Sasa do Lasa.
Pierwszy kontakt z krążkiem może być bardzo onieśmielający. Sam się o tym przekonałem słuchając debiutu Brooke Candy w miejskim autobusie, oczywiście na słuchawkach. Jednak każdy kolejny raz, co raz to bardziej pozbawiał go tej specyficznej aury bycia zbereźnym, stając się obscenicznym i literalnym. Fakt ten jest chyba moim największym zarzutem w stronę SEXORCISM. Tutaj seks nie służy do niczego, po prostu jest i rób sobie co z tym chcesz drogi słuchaczu. SEXORCISM jest dosłownie jak porno. Każda piosenka jest o tym samym, lecz w nieco innych warunkach, z innymi gośćmi i z inną „fabułą”, co znaczy, że te pozorne różnice nic nie wnoszą do postrzegania całego dzieła. Współcześnie w filmach pornograficznych oczywiście nie chodzi o to, by było kreatywnie, chodzi o sam akt i taki sądzę był też zamiar samej Candy, jednak w przypadku muzyki, ta filozofia niestety się nie sprawdza.
Co pozytywnie mnie zaskoczyło w SEXORCISM to fakt, że sama warstwa tekstowa, poza swoją nierzadko irytującą powtarzalnością, stoi na całkiem dobrym poziomie. Muzycznie również przyznam, że jest naprawdę nieźle. Produkcja generalnie nie dała dupy i stanęła na wysokości zadania. Łącząc ostre oraz soczyste elektroniczne bity z popową oraz hip‑hopową baza, powstała ociekająca seksem rewia dźwięków. Niestety niektóre z nich, pomimo fajnego brzmienia, są dla mnie dźwiękami z przeszłości. Swing, Encore i Boss Bitch zostały żywcem wyjęte z roku 2012, kiedy to Brooke Candy zaczynała swoją karierę z utworem Das Me. Jak to możliwe? Nie mam zielonego pojęcia, bo nie sądzę, by czekały w szufladzie Candy przez te ostatnie siedem lat.
Poza powrotem do przeszłości, są też niewykorzystane szanse. Muzycznie FMU i Rim to wprost fantastycznie melodie, gotowe do wypełnienia nimi wulgarną, acz ambitną treścią. Jednak tak się niestety nie stało. FMU totalnie stracił na swej jakości przez ciągle powtarzanie tytułowej frazy, którą usłyszymy zaledwie 92 (!) razy. Natomiast w Rim z udziałem ulubienic fanów programu RuPaul’s Drag Race, czyli Violet Chacki i Aquarii, praktycznie brak jakiegokolwiek tekstu, bo ten zastąpiła ordynarnie banalna recytacja. Kawałek rzekomo inspirowany Eroticą Madonny, jednak mnie brak tu tej inspiracji.
By jednak nie było tak gorzko, są elementy SEXORCISM, których bym nie zmienił. Singiel XXXTC jest absolutnie genialny. Nie zdziwię się, gdy zobaczę go na najwyższych pozycjach wśród moich najchętniej słuchanych piosenek na platformie Spotify. Bardzo miło wypada też wspomniany Drip. Krótki, acz treściwy i nawet całkiem zabawny. Jedynym w pełni akceptowalnym i nieznanym fanom do tej pory utworem jest Nymph, który pomimo niezbyt innowacyjnego bitu, zachwyca mnie tekstowo.
SEXORCISM to album zmarnowanych szans i przerostu formy nad treścią. Debiutancki krążek Brooke Candy mógł być jednym z najbardziej dziwnych, acz intrygujących muzycznych albumów ostatnich paru lat. Jednak z falą wagin, ostrego seksu, śliny i różnych innych ludzkich wydzielin, nie doszło do niczego artystycznie kreatywnego. Przyjmować w niewielkich dawkach, najlepiej gdy mózg wyłączymy z użytku.
