amo nie jest płytą prostą i przyjemną. To zaskoczenie dla wiernych fanów Bring Me The Horizon. I chociaż panowie już na poprzednim albumie sygnalizowali zmianę kierunku w jakim chcą podążać, nikt nie spodziewał się, że tym razem zadziwią tak mocno. Niekonwencjonalny, eksperymentalny, mocno zróżnicowany. Czy w tym szaleństwie jest jakaś metoda? Przekonajmy się.
Bring Me the Horizon to brytyjski zespół, który powstał w 2004 r. w Sheffield. Obecnie w skład grupy wchodzą Matt Kean, Lee Malia, Matt Nicholls, Oliver Sykes oraz Jordan Fish. Zespół na swoim koncie ma sześć albumów studyjnych, w tym ich najnowsze dzieło amo, na które fani musieli czekać dobre cztery lata.
Na samym początku muszę stwierdzić, że nie do końca wiedziałam jak zabrać się do recenzji tego krążka. To było wyzwanie. Połączenie nieoczywistych ballad, rocka, popu i elektroniki, sami przyznacie, jest bardzo dalekie od deathcore’owych początków grupy. A właśnie taki jest krążek amo – nieoczywisty, gatunkowo wymieszany, po prostu inny. Trudno przy pierwszym odsłuchaniu się w tym wszystkim odnaleźć. Jednak jedno jest pewne – ten album to ogromny stylistyczny przeskok w ich karierze. To nie jest to, do czego nas przyzwyczaili przy poprzednich albumach, na których notabene także dość mocno eksperymentowali. Co prawda krążkiem That’s the Spirit sygnalizowali, że nadchodzi duża zmiana. Na płycie z 2015 r. znalazły się kompozycje odbiegające od obranego wcześniej przez nich stylu. Jednak nie był to aż tak pokaźny przeskok jak w tym przypadku. amo to bardziej zróżnicowany album, na którym usłyszymy wiele ciekawych i wręcz niespodziewanych muzycznych wariacji.
“amo to album o miłości, który bada każdy aspekt tej najpotężniejszej emocji. Tematyka płyty zmaga się z dobrą, złą i brzydką częścią tego uczucia. Stworzyliśmy album bardziej eksperymentalny, bardziej zróżnicowany, dziwniejszy i wspanialszy niż wszystko to, co robiliśmy do tej pory” – Oli Sykes o albumie amo.
amo otwiera spokojne i apologise if you feel something. Od pierwszych sekund słyszymy, że zmiana w stylistyce grupy jest znacząca. Wpływy sceny EMD są bardzo widoczne. Kompozycja jest tak jakby wstępem do pierwszego singla MANTRA (zwróćcie uwagę, że to jedyna piosenka, której tytuł pisany jest wersalikami). Mocne uderzenie, gitarowy riff i bezlitosna perkusja. Warto także wspomnieć o kolejnym singlu. wonderful life, czyli jedna z mocniejszych kompozycji na całym albumie, do której zaproszono Daniego Filtha, wokalistę grupy Cradle of Filth wykonującej black metal. Sama piosenka zachwyca mieszanką drapieżnych i tanecznych brzmień. Zaangażowanie orkiestry w ostatnich partiach wywołuje ciarki, genialne posunięcie z ich strony. Na myśl od razu przychodzi występ grupy w Royal Albert Hall z 2016 r. Magia. Co ciekawe, w w podobnie mocnych tonach utrzymano także fragmenty utworów sugar honey ice & tea (rewelacyjnie wpadający w ucho refren), why you gotta kick me when i’m done? (to jest dopiero mieszanka gatunków!) oraz heavy metal z gościnnym udziałem amerykańskiego rapera – Rahzela.
Na amo znajdziemy także electro-rockową antyballadę in the dark, dubstepowe, głębokie i futurystyczne nihilist blues, nagrane z kanadyjską piosenkarką Grimes, miłosne mother tongue czy housowe fresh bruises. Cały album zamyka power ballada i don’t know what to say, która jest hołdem dla zmarłego na raka kolegi Sykesa. Trudno się nie wzruszyć przy pięknych partiach smyczków i szczerym tekście.
Wierni fani będą bardzo zaskoczeni, to nie ulega wątpliwości. Jednak, czy nie o to chodzi w muzyce, by eksperymentować, próbować nowych gatunków, być otwartym na zmianę, na rozwój? Płytą amo BMTH zdecydowanie całkowicie porzucili swoją strefę komfortu i wyszło im to rewelacyjnie. Zrobili krążek dokładnie tak, jak sobie to zaplanowali. Bo mogą robić co chcą. Takie całkowite zaskoczenie, o którym jeszcze przez długi czas na pewno będzie głośno. Brawa za odwagę.
Podsumowując, amo to płyta nieoczywista, która swoją różnorodnością pokazuje dojrzałość BMTH jako zespołu. Każdy kawałek, jaki znalazł się na krążku jest stylistycznie inny. Nie bali się ryzykować, próbować, zmienić swojego tworzonego przez tyle lat stylu. Dzięki temu nagrali płytę, która zachwyca pod każdym względem. “To już nie jest heavy metal i to w porządku” – śpiewa Skyes w jednej z piosenek. Grupa zdaje sobie sprawę z reakcji jakie album może wywołać wśród zagorzałych fanów. Jednak potrzeba czasu byśmy wszyscy mogli się przekonać, czy tak znacząca zmiana stylistyki była dobrym posunięciem. Na razie cieszmy się dobrą muzyką, bo tej na amo absolutnie nie brakuje.

