Wkrótce miną trzy lata od premiery ostatniej studyjnej płyty jednej z najbardziej znanych amerykańskich grup, The Killers. Album Battle Born być może długo jeszcze nie doczeka się godnego następcy. Jak tu w końcu działać kiedy wokalista z powodzeniem kontynuuje karierę solową. Brandon Flowers wydał swoją drugą studyjną płytę, lada dzień rusza w trasę i jest gotowy na przyjęcie z otwartymi ramionami nowych fanów. A powinno ich być sporo, bo ciężko jego The Desired Effect nie polubić.
Kiedy zaczęłam zagłębiać się z twórczość Flowersa, zaskoczyła mnie informacja, że artysta miał już okazję wydać album pod własnym nazwiskiem. Po zapoznaniu się z wydanym w 2010 roku krążkiem Flamingo stwierdziłam, że znajomość tej płyty korzystnie wpływa na odbiór nowego oblicza Brandona. Chociaż jego solowy debiut nie należy do złych albumów, zarzucić mu mogę nudę, brak różnorodności i zerowy poziom wyrazistości.
Obawiałam się, czy Flowers nie odgrzebie kilku zapomnianych, wrzuconych do szuflady piosenek The Killers i zaprezentuje nam po prostu porcję rockowych nagrań o wpadających w ucho refrenach. Nie potrafiące wylecieć z głowy refreny silnie jednak przylgnęły do nowych kompozycji Brandona. Zmieniła się za to warstwa muzyczna. The Desired Effect to album zakorzeniony w latach 80., ale podany w nowoczesny, niesamowicie ciekawy sposób. Bujające melodie tworzone są przez lekkie gitary, perkusję oraz klawisze.
Krążek otwiera piosenka Dreams Come True, mająca bardzo pozytywny wydźwięk. Jak tu w końcu nie uwierzyć wokaliście, kiedy ten co chwilę powtarza, że marzenia się spełniają? Świetnie wypada warstwa muzyczna tej kompozycji, oparta m.in. na dźwiękach skrzypiec oraz wiolonczeli. Dodając do tego urocze kobiece chórki otrzymujemy utwór, który z miejsca trafić mógłby na soundtrack bajki Disney’a. Mroczniej robi się za sprawą kolejnej piosenki. Can’t Deny My Love z początku nie przypadło mi do gustu. Kiedy jednak refren tego kawałka błąkał się po mojej głowie kilka dobrych dni, moje zdanie o nim uległo zmianie. To bardzo przebojowa, wyrazista kompozycja, o której ciężko zapomnieć. Podobnie zresztą jak o zaczynającym się delikatnie i spokojne I Can Change. Potem dopiero się dzieje! Taneczna melodia, klimat kolorowych lat 80., sample z Smalltown Boy Bronski Beat tworzą jedną z najlepszych piosenek tego roku. Nie mniej udane, choć nie tak roztańczone, jest Still Want You z tym swoim natchnionym, nagranym przy udziale żeńskiego chórku refrenem, przywodzącym momentami na myśl stylistykę gospel.
Jeśli tak jak ja polubiliście przebojowe, kołyszące oblicze muzyki Brandona, koniecznie zapoznać musicie się z jego kolejnymi propozycjami. W Lonely Town (gościnnie pojawia się grająca na perkusji jedna z sióstr Haim) mamy do czynienia z leniwym rytmem i ciekawymi obróbkami wokalu Flowersa. Gitarowe Diggin’ Up the Heart i Untangled Love przypominają to, co artysta robił z The Killers.
Dużo lepiej niż na Flamingo wychodzą Brandonowi balladowe kompozycje. Lekko tylko podkręcone klawiszami Between Me and You zachwyca prostotą. Klimatyczne, utrzymane w jednym rytmie The Way It’s Always Been czaruje chórkami i orkiestrowymi wpływami. Na ich tle trochę nijako wypada Never Get You Right.
Album The Desired Effect przesłucham bardziej z nudów niż jakiejś ciekawości. Jakże ja lubię być tak zaskakiwana! Brandon Flowers świetnie odnalazł się w świecie tanecznych, ale smacznych kompozycji i ładnych, dalekich od taniej ckliwości ballad. Wielkimi atutami jego piosenek są refreny, które mimowolnie wpadają w ucho. Gdyby dzisiaj każdy nagrywał muzykę pop na takim poziomie, nie bałabym się włączyć radio. Nie bez przyczyny w tytule drugiej solowej płyty Flowersa znalazło się słówko pożądanie. Tego albumu będzie pragnąć słuchać każda osoba, która choć raz się z nim zetknęła. Dobra robota.

