Site icon All About Music

Boy George & Culture Club – Life (2018), recenzja Aleksandry Żeleźnik

Na ich najnowszy album fani musieli czekać od 1999 r. Po prawie dwudziestu latach zespół Culture Club powrócił, a wraz z nim ich charyzmatyczny wokalista Boy George. Na myśl przychodzi jednak pytanie i zarazem obawa: czy po tak długiej przerwie, muzycy byli w stanie stworzyć muzykę, która tak, jak mieli w zwyczaju, porwie tłumy? Czy ich album Life okaże się udanym powrotem? Odpowiedź jest dość ciężka.

Culture Club to zespół kultowy, który z pewnością zapisał się na kartach brytyjskiej, jak nie światowej sceny muzycznej. Grupa pod przewodnictwem charyzmatycznego Boy George’a zaistniała w świadomości odbiorców dzięki takim niezapomnianym hitom jak Karma Chameleon czy Do You Really Want To Hurt Me. W 1999 r. na sklepowych półkach pojawiła się płyta Don’t Mind If I Do. I od tamtej pory była cisza. Muzycy zgodnie zawiesili instrumenty, zaczęli tworzyć i udzielać się w innych projektach. Co prawda na przestrzeni lat koncertowali wspólnie co jakiś czas, jednak o nowym materiale nikt się nie wypowiadał. Fani w pewnym momencie stracili nadzieję. Jednak 2018 r. okazał się być szczęśliwy, bo pewnego dnia huknęła wiadomość – “będzie nowy album!”. I tak oto 28 października, pod szyldem Boy George & Culture Club, światło dzienne ujrzał ich szósty krążek zatytułowany Life.

20 lat to kawał czasu. Nie ma co ukrywać, lata 80. były magiczne pod każdym względem. Muzyka była wtedy całkiem inna, rodziły się nowe gatunki, zespoły więcej eksperymentowały ze swoją twórczością. Innymi słowy, było więcej miejsca na szaleństwa, na oryginalność. W obecnych czasach bardzo często przewija się stwierdzenie, że coraz trudniej wymyślić coś nowego, coś co przykuje uwagę słuchaczy. Dlatego też z drżącym sercem słuchałam nowej płyty Culture Club. Zastanawiałam się, jak muzycy po tak długiej przerwie odnajdą się w obecnie przyjętych realiach. Bardzo szybko moje wątpliwości zostały rozwiane.

Life to jedenaście premierowych piosenek. Tutaj zdecydowanie można użyć podziału na szybkie, taneczne kawałki oraz na spokojne, stonowane ballady. Do tej pierwszej kategorii bezapelacyjnie można zaliczyć pierwszy singiel Let Somebody Love You, Bad Blood, Human Zoo Runaway Train, Resting Bitch Face i Different Man. Te wymienione kompozycje są do siebie bardzo podobne. Mocne początki, wyraziste brzmienia – niektóre z domieszką reggae, inne z kolei oparte na funkowych tanecznych rytmicznych dźwiękach. Dynamiczne kompozycje wyszły im bardzo dobrze. Refreny wpadają szybko w ucho, melodie urzekają do tego stopnia, że nieraz będziecie chcieli potupać do nich nóżką. Zdecydowanie mocną stroną tych kompozycji są także gospelowe chórki, które wspomagają główny wokal. Całość robi naprawdę niezłe wrażenie – w szczególności w utworze Bad Blood, który notabene jest jedną z najlepszych kompozycji na albumie.

Druga kategoria, to kompozycje wolniejsze. Tutaj zdecydowanie przodują kawałki takie jak God & Love, What Does Sorry Mean?, Oil & Water oraz zamykające cały album tytułowe Life. Właśnie w tej części pojawia się mój największy zarzut. Te piosenki są piękne, jednak bardzo… nijakie. Culture Club potrafi stworzyć rewelacyjne power ballady (Oil & Water czy More Than Silence), to trzeba im przyznać. Niestety w pozostałych, spokojniejszych kompozycjach, coś nie wyszło. Melodie nużą, a wokal George’a denerwuje (np. w otwierającym God & Love). Odbiór całości byłby o wiele lepszy, gdyby grupa nie zdecydowała się na umieszczenie ich na krążku. A tak, mamy tylko kolejne niepotrzebne zapychacze.

Podsumowując, na krążku Life znajdziecie masę ciekawych, wpadających w ucho brzmień. Muzycy nie zapomnieli jak robi się piosenki, które będą nucone przez masę ludzi! To ciekawe, że pomimo upływu tylu lat potrafili przemycić w swoim repertuarze cząstkę lat 80. Life jest pełne kawałków, od których trudno się oderwać. Oryginalne melodie, przepiękne gospelowe chórki i ten czarujący głos Boy George’a… Niestety, nie obyło się bez drobnych potknięć. Niektóre kompozycje są zdecydowanie nietrafione, nie ma w nich iskry, pomysłu, są przekombinowane. Odnoszę wrażenie, że zostały umieszczone na krążku w formie zapychaczy. Jednak w ostatecznym rozrachunku Life nie jest tak złe, jak można by było spodziewać się po dwudziestu latach przestoju twórczego Culture Club. Warto posłuchać choćby z czystej ciekawości.

Exit mobile version