Site icon All About Music

BØRNS – Blue Madonna (2018), recenzja Karoliny Babik

Na współczesnym rynku muzycznym nie brakuje uzdolnionych artystów młodego pokolenia. Jednym z nich jest niewątpliwie amerykański piosenkarz BØRNS. 12 stycznia światło dzienne ujrzała jego druga płyta – Blue Madonna. Fani muzyka z pewnością nie czują się zawiedzeni po jej przesłuchaniu, a Ci, którzy jeszcze go nie znają, koniecznie powinni nadrobić zaległości!

Często mówi się, że druga płyta to najcięższy materiał do zrobienia dla muzyka, którego premierowe wydawnictwo uznane zostało za bardzo dobre. Po części muszę się zgodzić z tym stwierdzeniem. Sama z racji na to jak doceniam i uwielbiam pierwszy album Garretta zatytułowany Dopamine, z góry postawiłam mu dość wysokie wymagania, co do jego drugiego wydawnictwa. Na szczęście nie zawiodłam się!

Album otwiera duet z… Laną Del Rey! God Save Our Young Blood to spokojna kompozycja, idealnie wciągająca nas do muzycznego świata BØRNSA. Artyści brzmią razem naprawdę znakomicie, między innymi ze względu na ich wyróżniające się, niepowtarzalne głosy. Tak oto na wstępie pojawił się jeden z najprzyjemniejszych duetów jaki miałam okazję wysłuchać w ostatnim czasie.

Faded Heart prezentuje doskonale skalę głosu Garretta (wysokie dźwięki w refrenie!) i to, jak znakomicie nim operuje. W numerze słyszymy także świetną linię basu, czy też z pozoru banalne, ale świetnie brzmiące, wykorzystanie tamburyna w trakcie mostu. Sweet Dreams to z kolei klimatyczna ballada, w której falset muzyka brzmi bardzo delikatnie i absolutnie zachwyca słuchacza. W przypadku tego utworu wyraźnie ujawnia się także, godny pozazdroszczenia przez innych tekściarzy, talent BØRNSA do pisania. Słowa refrenu: „You didn't even call to wish me sweet dreams. Really thought we made a sweet team. But don't cry, consider this a lullaby”, może i nie są nazbyt skomplikowane, ale w prosty sposób mówią "o czymś" i całkowicie ujmują słuchacza.

W We Don’t Care na pierwszy plan w warstwie instrumentalnej wychodzą gitary. O dziwo usłyszymy tu nawet nieco mocniejsze/brudniejsze, brzmienie tego instrumentu, ale nie brzmi ono ani trochę nienaturalnie. Dość ryzykowny, ale bardzo dobry krok! Syntezatory i elektronika wracają jednak bardzo szybko, bo już w następnym numerze Man. To energetyczny, bardzo rytmiczny kawałek, w którym poza instrumentami klawiszowymi świetnie brzmi także chociażby perkusja. Po dużej dawce energii BØRNS serwuje słuchaczom kolejną wolniejszą kompozycję- Iceberg. Utwór nie wyróżnia się spośród innych piosenek na albumie, ale doskonale współgra z pozostałymi kompozycjami i wprowadza z wyczuciem w stan wyciszenia po energicznym kawałku Man. Pozostając przy spokojnym tempie przechodzimy do utworu Second Day Of Summer. Po jego przesłuchaniu w głowie zostają przede wszystkim bezbłędne wysokie dźwięki wyśpiewane przez Garretta, a także bardzo fajnie brzmiące w refrenach urywane akordy wygrywane na syntezatorze.

W I Don’t Want U Back na głos piosenkarza nałożony jest momentami elektroniczny efekt, który w ciekawy sposób urozmaica ten prosty, ale nadal mocno wciągający słuchacza utwór. Po tym kawałku dostajemy trwające półtorej minuty interludium- Tension. Niezbyt często podobają mi się tego typu wstawki, ale tu wypada ona naprawdę naturalnie i w swobodny sposób łączy ze sobą utwory pomiędzy którymi się znajduje. Supernatural to bajeczna gra dźwięków syntezatorów w refrenie, idealnie wszystko uzupełniające instrumenty smyczkowe, a ponadto łagodne brzmienie perkusji. W przedostatniej piosence Blue Madonna ponownie pojawia się w pewnych momentach Lana Del Rey, której wokal moim zdaniem wkomponowuje się w ten utwór jeszcze lepiej niż przy God Save Our Young Blood. W tym kawałku absolutnie zachwyca tekst: „Blue madonna down by the pool. Just want to make her feel like a virgin. A version of herself that she once knew”. Ostatnia piosenka - Bye-bye Darling - otula nas wokalem BØRNSA i stanowi świetne pożegnanie z albumem. Bardzo wdzięcznie brzmi pogodne zakończenie utworu, który w dość niespodziewanym momencie zostaje wręcz przerwany.

Blue Madonna to płyta nieoczywista. Z jednej strony dostajemy tu, niby nie zaskakujące, syntezatory, elektronikę, dobre teksty i wysoki głos Garretta, do którego zdążył nas już po części przyzwyczaić. Z drugiej, wszystko brzmi ponadprzeciętnie. Nieco bałam się tego, czy BØRNS nie postawi na utwory zbyt przewidywalne, jedynie przyjemne dla ucha. Na szczęście moje obawy nie potwierdziły się. Wokal zdaje się brzmieć jeszcze pewniej i jeszcze lepiej niż na pierwszym albumie, warstwa instrumentalna ma w sobie coś niepowtarzalnego, a teksty mówią „o czymś” i nadal utrzymane są na wysokim, o ile nie wyższym niż na Dopamine, poziomie. Zdecydowanie warto mieć na uwadze amerykańskiego piosenkarza. Mam przeczucia, że usłyszymy jeszcze wiele muzycznych perełek w jego wykonaniu.

Exit mobile version