Site icon All About Music

Bon Jovi – Burning Bridges (2015), recenzja Michała Szuma

Koniec lata jest bardzo specyficznym okresem w roku, podczas którego dzieciaki smucą się na myśl o szkole, dorośli znajdują kolejny siwy włos na swej głowie, a studenci szykują się na kampanię wrześniową. W trakcie tego czasu dopadają nas różne refleksje na różne tematy. Stąd najnowsze dzieło Bon Jovi, czyli Burning Bridges, wydaje się idealnym soundtrackiem pod taką kontemplację.

Ale zacznijmy od początku. Celowo nie użyłem słowa 'płyta’ w kontekście Burning Bridges, gdyż poniekąd bym skłamał. W prawdzie jest to formalnie pełnoprawny album studyjny, jednak stworzony z konkretnych powodów. Nie czyni go to z tego powodu gorszym, jednak w moim odczuciu uprawnia do potraktowania z lekkim dystansem. Po pierwsze: krążek ten powstał, aby podziękować wieloletnim fanom za wierność i wytrwałość. Aktualnie jest ich na Facebooku 26 milionów, a więc jest komu dziękować. To przecież dzięki nim zespół urósł w potęgę, której współcześnie niewielu może równać.

Drugim powodem wydania 'albumu’ jest chęć urozmaicenia jesienno-zimowej trasy, w którą zespół wkrótce rusza. Brzmi to bardzo śmiesznie biorąc pod uwagę fakt, że na koncie mają już 13 podobnych argumentów, z których spokojnie można by ułożyć nienaganną setlistę. O co więc tak właściwie chodzi? Moim zdaniem o pewien powiew świeżości po odejściu Richiego Sambory – wieloletniego gitarzysty formacji. Co prawda konfliktu na linii Bon Jovi – Sambora nie ma, jednak poprzez wydanie Burning Bridges, Jon i spółka chcieli niejako odciąć się od ery Richiego, może nie grubą kreską, ale raczej skromnym akcentem w postaci wydawnictwa.

Ostatni powód ukazania się płyty, który jest chyba najistotniejszy w całym tym zamieszaniu, to kwestia formalna. Jeżeli coś dzieje się nagle i nie wiadomo o co do końca chodzi, to zapewne chodzi o pieniądze. Frontman zespołu, Jon Bon Jovi, otwarcie przyznał, że Burning Bridges jest wypełnieniem umowy zawartej między nimi, a wytwórnią, z którą to współpracował od początku istnienia kapeli. Panowie pod skrzydłami Mercury spędzili 32 lata, co naprawdę robi wrażenie, dlatego dziwi fakt, że po tak długim czasie doszło wreszcie do jakiegoś dysonansu i współpraca się zakończyła. Być może z tych właśnie powodów płyta nabrała takiego, a nie innego kształtu.

Kształt ten określiłbym raczej jako wielokąt nieforemny niż coś regularnego. Płyta zawiera 10 kompozycji, które momentami odbiegają od siebie treścią, ale przede wszystkim brzmieniem. Jak sam jej tytuł wskazuje, jest to typowy album mający spalić mosty. Osiem kompozycji zeń pochodzących to tzw. odpadki, czyli pokłosie poprzednich wydawnictw. Momentami to czuć, bo niektóre kawałki nie są dopracowane w takim stylu, do którego Bon Jovi przez te 32 lata zdążyło przyzwyczaić swoich fanów. Dlatego też najbardziej podobają mi się 2 kompozycje, które zostały napisane specjalnie na potrzebę dopełnienia listy utworów.

Są to mianowicie dwa single: We Don’t Run i Saturday Night Gave Me Sunday Morning. Pierwsza kompozycja jest niezwykle ostrą, jak na współczesne standardy Bon Jovi, piosenką, która wg mnie ma duży potencjał do grania na żywo. Żywiołowe gitarowe riffy robią dużą robotę, całość jest podbijana przez wyrazisty bas, który w trakcie zwrotki komponuje się z perkusją, a podczas refrenu tworzy z nią dwa osobne byty, wprowadzając fantastycznie brzmiące zamieszanie. Piosenka zupełnie nie w stylu kapeli, jednak taka nietuzinkowość bardzo pozytywnie wpływa na odbiór.

Natomiast co do drugiej piosenki, to jest ona lustrzanym odbiciem tej pierwszej. Saturday Night Gave Me Sunday Morning jest sztandarowym przykładem najnowszego brzmienia grupy, co z jednej strony zachęciło mnie do sprawdzenia całości, gdyż lubię ten styl, jednak z drugiej trochę odrzuciło. Bałem się, że podobnie jak ten singiel (którego nazwa, swoją drogą, to kpina) cała płyta będzie utrzymana w klimacie poprzedniej, t.j. What About Now. Nie chodzi mi o to, że poprzedniczka była zła, lecz o to, że w tym przypadku przysłowie 'nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki’ mogłoby być prawdziwe, bo mało kto lubi słuchać wciąż tego samego. Na szczęście tak się nie stało i zamiast powtórki z rozrywki otrzymaliśmy ciekawy materiał do kontemplacji.

Tym oto sposobem dotarłem do kwestii, która najbardziej porusza na tej płycie, czyli do tekstów. Z jednej strony otrzymujemy, standardowo, dawkę miłosnych wypocin, które każdy może interpretować jak chce. Te właśnie wypociny są jednak dobrym podkładem pod to, żeby na chwilę się zatrzymać, pomyśleć i spróbować rozwiązać swoje problemy (głównie sercowe, bo tego przede wszystkim dotyka Jon). Jest jednak jedna piosenka, która szczególnie odbiega treścią od pozostałych, a jest nią tytułowe Burning Bridges. Co prawda ona także może być interpretowana przez kogokolwiek jakkolwiek, jednak w ustach Jona ukryty jest jeden przekaz – adios, Mercury. Ba! Takie 'do widzenia’ zespół urządził wytwórni w pięciu językach, aby na pewno zrozumieli oni przekaz. Ot – taki 'miły’ gest na koniec współpracy.

Biorąc pod uwagę tę płytę jako całokształt, to rysuje się nam dość niewyraźny obraz. Z jednej strony jest bowiem klimatycznie, z drugiej jest rockowo, a z jeszcze innej – popowo. Czuć w powietrzu, że nie do końca było to planowane wydawnictwo, stąd też cudów nie należy się spodziewać. W tym momencie pozostaje jedynie czekać na rok 2016 i zapowiedzianą już płytę, która będzie wydawnictwem spod bandery Bon Jovi z krwi i kości. Jak to zapracuje już bez Richiego Sambory – zobaczymy. Faktem jest natomiast, że będzie to płyta bardziej przemyślana, wyrazista, a być może nawet w modnym ostatnio stylu, czyli koncepcyjna. Do momentu wydania warto się natomiast delektować Burning Bridges – płytą 'z niczego’. Życzyłbym sobie i Wam więcej takiego 'nic’, bo jest ono lepsze od wielu 'coś’ współczesnego rynku.

Exit mobile version