Po 4 letniej przerwie niezapowiedziane przebudzenie. Powrót, jakiego nikt się nie spodziewał. Album pełen przypadków, jednak czy przypadkowy?
Dwójka muzyków połączona jako zespół z Brighton. To połączenie można było zobaczyć wiele razy i tym razem nie zawiodło. Od 2004 roku można oglądać Stevena Ansella i Laura-Mary Carter na rynku muzycznym jako Blood Red Shoes. Mieszanka dość ciekawa, wręcz wybuchowa. Jak sami mówią, na ich twórczość wpływ mają takie zespoły jak: Babes in Toyland, Nirvana, Queens Of The Stone Age, czy Sonic Youth. Jest to fantastyczne połączenie, które odbija się na jakości ich twórczości od lat.
Jednak by w pełni zrozumieć ten album, trzeba zagłębić się w historię powstania. Jak w większości zespołów, po latach grania kryzys dopada nawet najlepszych, a ten album wręcz jest przepełniony konfliktem. Po nagraniu czwartego albumu, członkowie nie chcieli się nawet widzieć na oczy. Laura-Mary Carter spakowała torby i wyjechała. Chciała zacząć karierę w pojedynkę. Zagubiona dziewczyna była pochłonięta życiem nocnym Los Angeles. Na nasze szczęście, nie poszło to po jej myśli. Ten scenariusz można było zobaczyć już dziesiątki razy. Zespół świadomy tego postanowił to wykorzystać i tak powstała nazwa albumu – Get Tragic.
Po takim czasie oczekiwania, fani otrzymali coś zupełnie innego, niż się spodziewali. To właśnie przypadek, jakim była złamana ręka Laury sprawił, że album jest mocno elektroniczny. Może wydawać się to dziwne, gdyż wszystkie wcześniejsze kompozycje były mocno indie-rockowe, jednak w tym połączeniu gra to bardzo dobrze. Zaskakuje i wskazuje nowy kierunek, a to wręcz wskazane w przypadku zespołów z długim doświadczeniem.
Powiew świeżości można poczuć szczególnie w: Eye To Eye, Bangsar, Howl, Anxiety, Vertigo oraz Elijah. Mimo odmiennych środków, nie stracili na stylu, ani na jakości. Być może gdyby nie przypadki, które ich spotkały, dostalibyśmy kolejny indie album do kolekcji. Dopiero sytuacje bez wyjścia popchnęły ich do eksperymentowania, co wyszło im zdecydowanie na plus.
Singlem zapowiadającym album, którego premiera miała miejsce 25 stycznia, został Mexican Dress. Utwór, który nawiązuje do historii Laury podczas jej 6-miesięcznej przerwy. Teledysk, choć w swojej budowie bardzo prosty, bardzo dobrze komponuje się z piosenką. Dzięki temu słuchacz może bardziej skupić się na muzyce, ale też na tekście, który wręcz wbija się w głowę wraz z wokalem dziewczyny. Zdecydowanie piosenka przypadła też do gustu fanom zespołu. Komentarze pod klipem są wręcz przepełnione pozytywnymi opiniami i zachwytem spowodowanym nowym materiałem zespołu.
Ciekawym rozwiązaniem jest (Interlude), który jest 50 sekundowym nagraniem instrumentalnym. Jest to odejście od historii z Los Angeles. Słuchając go oddzielnie można poczuć się zdezorientowanym, jednak w kolejności albumowej, tworzy idealny wstęp do Anxiety. Który też jest wartą podkreślenia pozycją na Get Tragic!. Jestem wielką fanką wykorzystania wokalu Stevena w tej pozycji. Połączenie tych głosów tej dwójki, jest wielką mocą ich projektu.
O mały krok z tego projektu mielibyśmy dwie kariery solowe, z wątpliwą jakością. Jednak mówi się, że stara miłość nie rdzewieje – można to odnieść do chemii, jaka jest między tą dwójką podczas grania. Wszyscy pogodzili się z końcem, jednak okazał się on rozkwitem. Najwyraźniej te miesiące byłyby im potrzebne, by zrozumieć jaką siłą są razem. Złamana ręka Laury okazała się błogosławieństwem i popchnęła zespół w nowym kierunku. Mam nadzieję, że gdy już został zakopany topór wojenny, będziemy mogli obserwować ich rozkwit przez kolejne lata.

