Site icon All About Music

Blondie – Pollinator (2017), recenzja Katarzyny Turowicz

Świat się zmienia. Nie brzmi to nadzwyczaj, o ile w ogóle, odkrywczo, ale jest dobrym punktem wyjścia dla recenzji najnowszego albumu grupy Blondie – gdzieś w stale zmieniającym się punkcie „teraz”, na granicy spoglądania wstecz i patrzenia w przyszłość. Punk rockowa legenda po latach wydała nowy album.


Niezmiennie odnoszę wrażenie, że zespół Blondie – mimo tak wielkich dokonań i wkładu w rozwój oraz kształt muzyki punk rockowej i popkultury – pozostał bezimienny. Bo o ile wiemy, kto stoi za takimi utworami jak Should I Stay or Should I Go czy The Passenger, to twórcy tak legendarnych dzieł jak Heart of Glass lub One Way or Another pozostali na kartach historii muzyki anonimowi. Na domiar złego ostatnie lata nie przyniosły zmiany. Kolejne albumy wydawane po płycie No Exit z 1999 roku, czyli po ostatnim albumie formacji, który odniósł rzeczywisty sukces, nie przyniosły formacji szerszego rozgłosu, a ślad grupy niemal zupełnie się zatarł. Po sześciu latach od wydania ich ostatniego albumu studyjnego Panic of Girls, zespół Blondie powrócił z nową płytą.  Najnowszy album grupy nosi tytuł Pollinator.

Płyta chyba nie mogła zacząć się lepiej. Pollinator rusza z piątego biegu utworem Doom or Destiny. Mocne gitarowe uderzenie, wyrazista sekcja perkusyjna, niepozbawiony drapieżności, rwący wokal fenomenalnej Debbie Harry – takiego rozpoczęcia od tej formacji oczekiwałam. W mniej gitarowym wymiarze prezentuje się kolejny utwór z albumu zatytułowany Long Time. Drugi singiel z płyty jest też ukłonem w stronę kamienia milowego w dyskografii grupy, utworu Heart of Glass z 1979 roku – nie da się nie słyszeć silnej inspiracji tym singlem w linii basu Long Time. Pewnym ewenementem tej płyty jest utwór Love Level, który wyraźnie wyłamuje się z gitarowo-elektronicznego połączenia na rzecz brzmień bliższym reggae i muzyce popowej, choć te pierwsze nie są Blondie nieznane – wystarczy wspomnieć utwór The Tide Is High z albumu Autoamerican z 1980 roku.

Album Pollinator stoi w dużym rozkroku między wzorcami punkowymi i rockowymi lat 70. i 80. a tym, co współcześnie oferuje świat muzyki, z przewagą tego drugiego. Wystarczy przywołać utwór Gravity, w którym gitarowe granie oraz wyrazista sekcja rytmiczna poprzetykane są drapiącymi, współczesnymi syntezatorowymi dźwiękami. Grupa Blondie nie boi się też eksperymentować – w Gravity głos Debbie Harry został poddany dużej modyfikacji, jest „nieociosany”, „niechlujny” w swoim brzmieniu, przepuszczony przez komputerowe filtry, dzięki czemu brzmi jakby artystka śpiewała przez megafon. To dość ryzykowny zabieg, od którego blisko do kiczu, ale należy przyznać, że tej formacji się to udało. Zespół popłynął pod prąd niemal wszędzie rozlewającego się popowego nurtu, ale nie zrezygnował z elementów tego muzycznego gatunku całkowicie, co słychać w utworze Best Day Ever. To wszystko sprawia, że Pollinator raczej nie wybrzmi w rozgłośniach radiowych.

Zespół nie silił się na stworzenie dzieła ponadczasowego. I dobrze, bo te już na swoim koncie ma. Pollinator natomiast dał grupie niczym nieograniczoną – może jedynie ich zmysłem i wyobraźnią – przestrzeń tworzenia, lepienia z tego, co było i z tego, co jest, eksplorowania świata dźwięków z zachłannością amatora. Bez wyśrubowanych założeń i wypełniania norm muzycznej kombinatoryki. Album jest też efektem poszukiwania przez Blondie muzycznej niszy, nowego miejsca w świecie dźwięków, który uległ tak wielkiej zmianie od debiutu formacji w 1976 roku. Grupa Blondie nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, ciąg dalszy – mam nadzieję – nastąpi. Napisy końcowe są wciąż przed nami.

Exit mobile version