Gdy dotarłem na miejsce, klub był już w znacznej części zapełniony, choć przyznam się zupełnie szczerze, że spodziewałem się trochę większej frekwencji. Obowiązkowym atrybutem wśród widowni stały się oczywiście skórzane kurtki oraz dżinsowe kamizelki z logiem grupy na plecach.
Punktualnie o godzinie 21:20 o wiele za duża, czarna płachta przysłaniająca scenę opadła i wszyscy ujrzeliśmy kapelę dowodzoną przez genialnego Zakka Wylde’a. Zaczęli od The Beginning… At Last, kawałka z debiutanckiego albumu zespołu zatytułowanego Sonic Brew. Nie trzeba było długo czekać na pierwszych chętnych do fruwania na rękach publiczności. Wzmacniacze były ustawione na odpowiednią moc, więc siła dźwięków wydobywających się z instrumentów muzyków była naprawdę potężna.
Wiedziałem, że Zakk Wylde jest osobą przeogromną. Na zdjęciach, czy nagraniach z koncertów widać, że raczej niewielu gości umówiło by się z nim na „ustawkę”. Jednak gdy zobaczyłem go na żywo, zdałem sobie sprawę, że jest jeszcze większy, niż się tego spodziewałem. Gdy stawał na swoim podwyższeniu, wyglądał jak bestia. Jego biceps jest większy, niż udo przeciętnego mężczyzny.
Koncertowy repertuar złożony był z siedmiu płyt, jednak zdominowały go w znacznej części kompozycje z ostatniego krążka Amerykanów Catacombs of the Black Vatican (cztery kawałki) oraz wydanego w 2003 roku The Blessed Hellride (trzy utwory).
Black Label Society byli w rewelacyjnej formie. Wszystkie kompozycje odegrali z niesamowitą energią i polotem. Niemal każdy utwór kończył się solową improwizacją Zakka. Te mini solówki cięły słuch widowni jak żyletki. Były szybsze niż stuningowany Ford Mustang. Kulminacją był ponad pięciominutowy popis w środku występu, gdy Wylde, pozostawiony sam na scenie, wydobył ze swojego Gibsona Flying V dźwiękowe petardy. Wtedy zrozumiałem, dlaczego tak wiele osób uważa go za jednego z najlepszych gitarzystów na świecie.
Muszę się przyznać, że przez niemal całe show nie mogłem oderwać wzroku od grającego na bębnach Jeffa Fabba. Uwielbiam takich perkusistów jak on, dla których od techniki i wyuczonych schematów ważniejszy jest polot i robienie po prostu dobrego show. Wymachiwał pałeczkami, uderzał w talerze ze skrzyżowanymi rękoma. Swoim stylem i po trochu wyglądem (występował z gołą klatą, odsłaniając kolekcję tatuaży) przypominał mi Travisa Barkera z Blink-182.
Wspaniałym momentem było odegranie przez zespół ich chyba najpiękniejszego utworu – In This River – w wersji skromniejszej, niż kiedyś. Zakk zamienił wiosło na klawisze, a rolę gitary prowadzącej przejął, będący przez cały koncert nieco w cieniu, Dario Lorina. Chwilę przed rozpoczęciem wykonania kompozycji, na wzmacniaczach Marshalla stojących na scenie pojawiły się dwie płachty z wizerunkiem Dimebaga Darella – byłego gitarzysty Pantery i wielkiego przyjaciela Zakka, który został zastrzelony na scenie przez jednego z fanów w 2004 roku.
Gdy muzycy wykonali kończące show Stillborn, nie opuścili od razu estrady. Stali tam jeszcze z dobrych kilka minut, by pożegnać się ze swoimi polskimi fanami. Jeff Fabb porozrzucał wśród widowni swoje pałeczki perkusyjne (jedną udało mi się prawie złapać), a Zakk wraz resztą składu po prostu chodził od jednego krańca sceny do drugiego, by osobiście podziękować jak największej liczbie słuchaczy za przybycie. Na koniec wzięli od jednego z uczestników show polską flagę z napisem „BLS Polish Chapter” i zrobili sobie zdjęcie z wiwatującą widownią, które już znalazło się na ich oficjalnej stronie. Występ trwał dokładnie półtorej godziny. Nie było bisów.
Dodatkowe atrakcje po koncercie zafundowali nam pracownicy ochrony. Nie mogli sobie poradzić z jednym z mężczyzn, który tego wieczoru wypił trochę więcej, niż dwa piwka. Żeby go uspokoić, w pozbawionym jakiegokolwiek dopływu świeżego powietrza korytarzu szatni użyli… gazu pieprzowego. Efekt był taki, że się tam prawie udusiliśmy.

