Historia pamięta wiele przypadków, gdy artyści próbowali odizolować swoją obecną twórczość od największego muzycznego osiągnięcia, usilnie odszywając (często nieskutecznie) łatkę one-hit wonder. Choć ten artysta w rzeczywistości miał ich kilka, poszedł własną drogą, a swój największy przebój Wonderful Life potraktował jako dziecko, które wciąż podróżuje i zmienia swój dom – szczęście, które wpisało się w życie wielu ludzi. Coline Vearncombe sześć lat temu podzielił się płytą Any colour You like, a jej losy powierzył fanom. Obecnie rok po tragicznym wypadku, wydano ją na nowo.
Informacja o wypadku samochodowym, następnie stopniowo docierające szczegóły o stanie zdrowia odbierały nadzieję do czasu, kiedy został spełniony najczarniejszy scenariusz tej historii. Black odszedł 26 stycznia ubiegłego roku i gdyby nie ten fakt, 2017 rok prawdopodobnie byłby dla miłośników jego twórczości przepełniony kolejnymi niezapomnianymi spotkaniami z artystą na trasach koncertowych, bowiem mija trzydzieści lat od ukazania się jednego z najlepszych debiutanckich albumów lat osiemdziesiątych – Wonderful Life z 1987 roku. Od czasu premiery zarówno płyty jak i tytułowego singla, powstało piętnaście płyt Black’a, który ten w podzięce za wsparcie i wieloletnie oddanie fanów postanowił poprosić ich o opinię w konkursie na najbardziej kojarzone z nim kompozycje. Z puli ponad siedemdziesięciu piosenek to właśnie im powierzył ułożenie tracklisty składającej się z kompilacji szesnastu numerów.
Wstęp do całości tworzy oczywiście przez wielu uznawana za kwintesencję lat 80, melodia przy której (jak wspominał autor o otrzymywanych listach) niektórzy biorą ślub, a inni chcą być przy niej pochowani. Mowa oczywiście o nieśmiertelnym Wonderful Life. Wyobraźnią przywracając MTV do dawnych lat świetności, zapewne niektórzy wyobrażą ekran wypełniony barwnymi teledyskami. Kolorystykę debiutanckiego singla ograniczył do uwielbianego przez siebie minimalizmu, aczkolwiek efektownej czerni i bieli. Większość odbiorców pokochali tę piosenkę za ukazaniu obrazu życia, które ma swoje lepsze i gorsze momenty, z innej strony zaś dochodziły głosy krytyki, dlaczego brzmi on tak mało optymistycznie skoro śpiewa o cudownym życiu. Colin zarówno swój największy przebój jak i depczące mu po piętach Sweetest Smile napisał w jednym z gorszych momentów w jego życiu. Był przybity z powodu zawodowych niepowodzeń, rozstania, a do tego stał się bezdomnym, który kątem pomieszkiwał u znajomych. Nagle stworzył coś co całkowicie odmieniło jego życie. Paradoksalnie słowa there’s no need to run and hide w które początkowo sam nie wierzył, z czasem stały się motywacyjnym bodźcem, które pozwoliły mu docenić różnorodność i nieprzewidywalność życia. Wcześniej wspomniana ballada Sweetest Smile w odróżnieniu od poprzednika jest piosenką wybitnie nie radiową. Piękna, liryczna, melancholijna została okraszona fizyczną wersją singla i teledyskiem. Dzisiaj pamiętają ją nieliczni. Ku zastanowieniu skłania nieobecność Everything’s Coming Up Roses. Być może Black uznał, że kompozycja jest zbyt rockowa i energiczna, dlatego nie wpisuje się w obraz nastrojowego wydawnictwa? Już kolejne płyty zapełniające dyskografię artysty udowadniały, że stał się bardziej melancholijny i chociaż trudno to sobie wyobrazić – jeszcze bardziej szczery w odczuciach i emocjonalnym przekazie. Nie słynął on z wylewności na temat prywatnego życia, jednak był osobą niezwykle otwartą dla swoich fanów i widzów, którzy przychodzili na jego koncerty.
Nie były to stadiony wypełnione kilkutysięczną widownią a skromne sale, które stawiały występy na solidnych fundamentach zbudowanych z nastroju i kameralnego charakteru. Jak sam podkreślał, był oszczędny i w kontraście do swojego scenicznego towarzysza Caluma MacColl’a, czarno biały, co dawało od lat bardzo dobre sceniczne efekty. Wystarczała gitara u jego boku, niepowtarzalny głos i zabawa dźwiękami, by koncert pozostał w pamięci do końca życia tak jak wykonanie Water Or Snow. Blisko ośmiominutowa kompozycja rozgrzewana jedynie ciepłą barwą głosu z stopniowo pojawiającą się akustyczną gitarą, po zakończenie mocnym elektronicznym uderzeniem – zachwyca.
Muzyczne barwy tego wydawnictwa stanowią poruszające kompozycje. Wśród nich, ku zaskoczeniu Colina, słuchacze wybrali niedocenioną lirykę z aż trzech pozycji z płyty Master Series: Fly Up to The Moon, Let Me Watch You Make Love, Too Many Times. Wszystkie są ozdobione jedynie lekkimi dźwiękami gitary i bezbłędnym wokalem, zaś w pierwszej propozycji dodatkowo towarzyszy żeński chórek. Kolorytu i dynamiki całości nadają piosenki z krążka Are We Having Fun Yet? wydanego w 1993 roku. Subtelny pop w pięknym Swingtime w połączeniu z klasycznie wytwornym, niemal operowym Ave Lolita pokazują jak wszechstronnym był twórcą i jak wiele życia płynęło z jego muzyki.
Zmierzając ku zwieńczeniu pierwszej części, wracamy do głównego kierunku płyty. Przenikliwa aranżacja akustyczna przywrócona z albumu The Accused z 1999 roku cieszy zmysły słuchu kojącym The Way She Was Before i jego energicznym przeciwieństwem, rockowym Sleeper. Pojawiają się także dwa numery z Between Two Churches sprzed dekady – Her Coat and No Knickers oraz mroczne Two Churches. Wśród eksperymentów i wydobywanej z dźwięków gamy barw, to Tommorow Is Another Night sprawiło mi największą niespodziankę. Melodia w kilka chwil zapada w pamięć razem z głosem Colina, który przemierza wśród lekkiego nieładu w brzmieniu – począwszy od harmonijki po zaskakujący udział bałałajki w wersji studyjnej.
Wersja Any Colour You Like wydłużona o kilkadziesiąt cennych minut na drugiej płycie tworzą kompozycje wybrane bezpośrednio przez samego autora, które darzył największą sympatią i sentymentem. Próżno szukać tu pogodnych rytmów. Czuć w nich emocjonalną dojrzałość, życiowy ciężar i melancholię, z kolei brzmieniowo oscylują między liryką, a jazzem z którym artysta wielokrotnie eksperymentował (polecam posłuchać chociażby pierwotną wersję Wonderful Life z genialną grą saksofonu). Tu szczególne wyróżnienie należą się In A Heartbeat oraz California.
Po trzydziestu latach Wonderful Life, pomimo maksymalnej eksploatacji w mediach, nie udało się zniszczyć i nadal uważam, że jest jedną z najpiękniejszych piosenek jaka powstała w ósmej dekadzie. Nie zatrzymując się jednak na debiucie, twórczość Colina to prawdziwa skrzynia uniwersalnych melodii i emocji. Wsłuchując się z nią możemy doświadczyć klimatu niczym z baru tuż przed zamknięciem, gdzie resztki klientów czuwa nad ostatnią szklanką, przy pełnych popielniczkach a na scenie praktycznie niezauważalny mężczyzna przygrywa na gitarce, samotnie wyśpiewując monolog, aczkolwiek do tego z wielkim urokiem. Innym razem przeniesiemy się w eleganckie, romantyczne miejsce z najjaśniejszą gwiazdą wieczoru na scenie. Autor dał swoim odbiorcom wolny wybór – jakikolwiek lubisz kolor, to nie tylko wyróżniająca się kompilacja z nieoczywistym doborem utworów i aranżacjami, które warto znać, ale także symboliczne nawiązanie do jego pierwszorzędnej i zaniedbanej pasji, jaką była sztuka związana z rysunkiem oraz poezją.

