Site icon All About Music

Black – Any Colour You Like. Deluxe Edition (2016), recenzja Marty Muśko

Historia pamięta wiele przypadków, gdy artyści próbowali odizolować swoją obecną twórczość od największego muzycznego osiągnięcia, usilnie odszywając (często nieskutecznie) łatkę one-hit wonder. Choć ten artysta w rzeczywistości miał ich kilka, poszedł własną drogą, a swój największy przebój Wonderful Life potraktował jako dziecko, które wciąż podróżuje i zmienia swój dom – szczęście, które wpisało się w życie wielu ludzi. Coline Vearncombe sześć lat temu podzielił się płytą Any colour You like, a jej losy powierzył fanom. Obecnie rok po tragicznym wypadku, wydano ją na nowo.

Informacja o wypadku samochodowym, następnie stopniowo docierające szczegóły o stanie zdrowia odbierały nadzieję do czasu, kiedy został spełniony najczarniejszy scenariusz tej historii. Black odszedł 26 stycznia ubiegłego roku i gdyby nie ten fakt, 2017 rok prawdopodobnie byłby dla miłośników jego twórczości przepełniony kolejnymi niezapomnianymi spotkaniami z artystą na trasach koncertowych, bowiem mija trzydzieści lat od ukazania się jednego z najlepszych debiutanckich albumów lat osiemdziesiątych – Wonderful Life z 1987 roku. Od czasu premiery zarówno płyty jak i tytułowego singla, powstało piętnaście płyt Black’a, który ten w podzięce za wsparcie i wieloletnie oddanie fanów postanowił poprosić ich o opinię w konkursie na najbardziej kojarzone z nim kompozycje. Z puli ponad siedemdziesięciu piosenek to właśnie im powierzył ułożenie tracklisty składającej się z kompilacji szesnastu numerów.

Wstęp do całości tworzy oczywiście przez wielu uznawana za kwintesencję lat 80, melodia przy której (jak wspominał autor o otrzymywanych listach) niektórzy biorą ślub, a inni chcą być przy niej pochowani. Mowa oczywiście o nieśmiertelnym Wonderful Life. Wyobraźnią przywracając MTV do dawnych lat świetności, zapewne niektórzy wyobrażą ekran wypełniony barwnymi teledyskami. Kolorystykę debiutanckiego singla ograniczył do uwielbianego przez siebie minimalizmu, aczkolwiek efektownej czerni i bieli. Większość odbiorców pokochali tę piosenkę za ukazaniu obrazu życia, które ma swoje lepsze i gorsze momenty, z innej strony zaś dochodziły głosy krytyki, dlaczego brzmi on tak mało optymistycznie skoro śpiewa o cudownym życiu. Colin zarówno swój największy przebój jak i depczące mu po piętach Sweetest Smile napisał w jednym z gorszych momentów w jego życiu. Był przybity z powodu zawodowych niepowodzeń, rozstania, a do tego stał się bezdomnym, który kątem pomieszkiwał u znajomych. Nagle stworzył coś co całkowicie odmieniło jego życie. Paradoksalnie słowa there’s no need to run and hide w które początkowo sam nie wierzył, z czasem stały się motywacyjnym bodźcem, które pozwoliły mu docenić różnorodność i nieprzewidywalność życia. Wcześniej wspomniana ballada Sweetest Smile w odróżnieniu od poprzednika jest piosenką wybitnie nie radiową. Piękna, liryczna, melancholijna została okraszona fizyczną wersją singla i teledyskiem. Dzisiaj pamiętają ją nieliczni. Ku zastanowieniu skłania nieobecność Everything’s Coming Up Roses. Być może Black uznał, że kompozycja jest zbyt rockowa i energiczna, dlatego nie wpisuje się w obraz nastrojowego wydawnictwa? Już kolejne płyty zapełniające dyskografię artysty udowadniały, że stał się bardziej melancholijny i chociaż trudno to sobie wyobrazić – jeszcze bardziej szczery w odczuciach i emocjonalnym przekazie. Nie słynął on z wylewności na temat prywatnego życia, jednak był osobą niezwykle otwartą dla swoich fanów i widzów, którzy przychodzili na jego koncerty.

Nie były to stadiony wypełnione kilkutysięczną widownią a skromne sale, które stawiały występy na solidnych fundamentach zbudowanych z nastroju i kameralnego charakteru. Jak sam podkreślał, był oszczędny i w kontraście do swojego scenicznego towarzysza Caluma MacColl’a, czarno biały, co dawało od lat bardzo dobre sceniczne efekty. Wystarczała gitara u jego boku, niepowtarzalny głos i zabawa dźwiękami, by koncert pozostał w pamięci do końca życia tak jak wykonanie Water Or Snow. Blisko ośmiominutowa kompozycja rozgrzewana jedynie ciepłą barwą głosu z stopniowo pojawiającą się akustyczną gitarą, po zakończenie mocnym elektronicznym uderzeniem – zachwyca.

Muzyczne barwy tego wydawnictwa stanowią poruszające kompozycje. Wśród nich, ku zaskoczeniu Colina, słuchacze wybrali niedocenioną lirykę z aż trzech pozycji z płyty Master Series: Fly Up to The Moon, Let Me Watch You Make Love, Too Many Times. Wszystkie są ozdobione jedynie lekkimi dźwiękami gitary i bezbłędnym wokalem, zaś w pierwszej propozycji dodatkowo towarzyszy żeński chórek. Kolorytu i dynamiki całości nadają piosenki z krążka Are We Having Fun Yet? wydanego w 1993 roku. Subtelny pop w pięknym Swingtime w połączeniu z klasycznie wytwornym, niemal operowym Ave Lolita pokazują jak wszechstronnym był twórcą i jak wiele życia płynęło z jego muzyki.

Zmierzając ku zwieńczeniu pierwszej części, wracamy do głównego kierunku płyty. Przenikliwa aranżacja akustyczna przywrócona z albumu The Accused z 1999 roku cieszy zmysły słuchu kojącym The Way She Was Before i jego energicznym przeciwieństwem, rockowym Sleeper. Pojawiają się także dwa numery z Between Two Churches sprzed dekady – Her Coat and No Knickers oraz mroczne Two Churches. Wśród eksperymentów i wydobywanej z dźwięków gamy barw, to Tommorow Is Another Night sprawiło mi największą niespodziankę. Melodia w kilka chwil zapada w pamięć razem z głosem Colina, który przemierza wśród lekkiego nieładu w brzmieniu – począwszy od harmonijki po zaskakujący udział bałałajki w wersji studyjnej.

Wersja Any Colour You Like wydłużona o kilkadziesiąt cennych minut na drugiej płycie tworzą kompozycje wybrane bezpośrednio przez samego autora, które darzył największą sympatią i sentymentem. Próżno szukać tu pogodnych rytmów. Czuć w nich emocjonalną dojrzałość, życiowy ciężar i melancholię, z kolei brzmieniowo oscylują między liryką, a jazzem z którym artysta wielokrotnie eksperymentował (polecam posłuchać chociażby pierwotną wersję Wonderful Life z genialną grą saksofonu). Tu szczególne wyróżnienie należą się In A Heartbeat oraz California.

Po trzydziestu latach Wonderful Life, pomimo maksymalnej eksploatacji w mediach, nie udało się zniszczyć i nadal uważam, że jest jedną z najpiękniejszych piosenek jaka powstała w ósmej dekadzie. Nie zatrzymując się jednak na debiucie, twórczość Colina to prawdziwa skrzynia uniwersalnych melodii i emocji. Wsłuchując się z nią możemy doświadczyć klimatu niczym z baru tuż przed zamknięciem, gdzie resztki klientów czuwa nad ostatnią szklanką, przy pełnych popielniczkach a na scenie praktycznie niezauważalny mężczyzna przygrywa na gitarce, samotnie wyśpiewując monolog, aczkolwiek do tego z wielkim urokiem. Innym razem przeniesiemy się w eleganckie, romantyczne miejsce z najjaśniejszą gwiazdą wieczoru na scenie. Autor dał swoim odbiorcom wolny wybór – jakikolwiek lubisz kolor, to nie tylko wyróżniająca się kompilacja z nieoczywistym doborem utworów i aranżacjami, które warto znać, ale także symboliczne nawiązanie do jego pierwszorzędnej i zaniedbanej pasji, jaką była sztuka związana z rysunkiem oraz poezją.

Exit mobile version