Site icon All About Music

Z pamiętnika księżniczki grzybowej krainy. Björk – Fossora, 2022 (recenzja)

Björk nie ma sobie równych. Nie dziwi zatem to, że zaczyna czwartą dekadę swojej solowej działalności doprawdy szałowo. Jej dziesiąty studyjny album Fossora to dosłowny powrót Islandki do korzeni. Poszukując odpowiedzi na swoje pytania, znalazła się w grzybowym królestwie i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że bardzo się jej tu spodobało.

Kiedy dowiedziałem się, że Björk wydaje nowe piosenki, byłem tym całkiem podekscytowany i nie mam pojęcia dlaczego. Być może to pierwszy singiel, czyli Atopos, który pokazał mi zupełnie inne oblicze tej piosenkarki – dzikie i zabawne. Może to generalne zafascynowanie jej dotychczasową twórczością, które zaowocowało moim wyjątkowym felietonem – znajdziecie go TUTAJ. A być może to po prostu atmosfera wokół tego wydawnictwa, będąc wyczekiwanym już od dobrych paru miesięcy. Cokolwiek to było, pozwoliło mi wytrwale czekać na premierę Fossory. Co prawda minęło już trochę czasu od tego dnia, jednak cierpliwość popłaca, bo będzie to recenzja jak najbardziej pozytywna.

Fossora to oda do grzyba, niby tak niepotrzebnego elementu natury, a jednak życie od niego się zaczyna i na nim kończy. Czy to dobrze? Nie w tym rzecz, bo nie mamy wpływu na otaczającą nas naturę, więc bawmy się póki życie nam na to pozwala. Niesamowite jest to, jak radosny jest głos samej Björk, choć nastrój tego dzieła nie jest znowuż taki pozytywny. Jednak dzięki jej interpretacji, ale i wyczuwalnej ekscytacji z całego procesu twórczego, szczęście się wręcz z niego wylewa.

Björk nie ukrywała, że do napisania tego albumu natchnęła ją pandemia oraz śmierć jej mamy. Niby dwa bardzo trudne wydarzenia w życiu wielu ludzi, a jednak Islandka potrafiła opowiedzieć o nich z dużą gracją i przede wszystkim nadzieją. Dostrzega problemy w swojej egzystencji, potrafi je nazwać, ale nie łamie się pod ich naporem, bo wie, że sobie z nimi poradzi. Być może jesteś tylko małym elementem wielkiego kręgu życia, ale to nie powód, żeby tracić woli do jego dalszego eksplorowania.

Fossora ma wiele w sobie z Biophilli, do tego fleciki z Utopii i Vulnicury, trochę klimatu japońskich gier i animacji Studia Ghibli oraz ogólnie pojętej filmowości. Mieszanka szczególna, jednak Björk jest szczególna artystą, zatem wszystko zdaje się być na miejscu. Dźwięki naturalne łączą się z tymi silnie elektronicznymi, tworząc coś całkiem uroczego. Nie mogę jednak powiedzieć, że jest to album redefiniujący popkulturę. Fossora jest okej – bez złych momentów, ale też bez większych szaleństw. Brakuje tu lekkości, którą umiała dostarczyć chociażby Arca. Niemniej, nie mogę być zły, choć oczekiwałem nieco więcej.

Dlatego też Fossora nie narzeka na brak fajnych utworów. Na przykład taki Atopos, który po prostu idealnie zaczyna tę całą historię, aby Fossora w równie cudny sposób ją zamknęła. Uważam, że Her Mother’s House spokojnie sprawdziłby się w innym miejscu tego krążka, chociażby zamieniając się miejscami ze wspomnianą Fossorą. Spośród równie mrocznych utworów, czyli Ancestress, Sorrowful Soil oraz Victimhood, tylko ten pierwszy zapadł mi na dłużej w pamięć, choć nie mogę powiedzieć, że pozostałe dwie kompozycje są niegodne uwagi. Uwielbiam interludia Myciela oraz Trölla-Gabba – brzmią niemalże jak wzięte z gry „Crash Bandicoot”, cudowne! Moi pozostali ulubieńcy to romantyczny Ovule, lekki niczym piórko Allow oraz niezwykle tajemniczy Freefall.

Björk stworzyła album dla siebie, z którego jej fani mogą się również cieszyć. Fossora to kawałek przyjemnej muzyki, radując mnie wieloma swoimi nutami. W tym momencie nie ma co myśleć o tym, czy Islandka przeskoczyła samą siebie. Ten album wymyka się tym ocenom, bo myślę, że takie też było założenie jego twórczyni, co jest naprawdę przyjemne. Oby więcej takiej muzyki na świecie, po prostu!

Exit mobile version