Naprawdę nazywa się Sarah Grace McLaughlin, lecz (zapewne dlatego, by nie mylić jej z kanadyjską wokalistką Sarah McLachlan) działa pod pseudonimem Bishop Briggs. Zaczerpnęła go od nazwy szkockiej miejscowości, z której pochodzili jej rodzice. Ona sama urodziła się w Londynie, dorastała w Tokio i Hong Kongu, a obecnie mieszka w Los Angeles, gdzie stara się rozkręcać swoją muzyczną karierę. Idzie jej nieźle. Ma już na koncie spory przebój, a niedawno wydała imienną epkę, która podpowiada, że warto wypatrywać długogrającego debiutu Sarah.
Na dwudziestoczteroletnią Brytyjkę zwróciłam uwagę w ubiegłym roku, kiedy poszukiwałam dla siebie nowej muzyki. Jej hipnotyczny kawałek Be Your Love przykuł moją uwagę. Zaintrygowała mnie też sama postać Bishop. Na ile pokazuje nam prawdziwą twarz, a na ile gra wizerunkiem dziewczyny charakternej, stanowczej i takiej, której lepiej w drogę nie wchodzić? Tak czy inaczej zawsze miło powitać na muzycznej scenie kobiety, które twardo stąpają po ziemi. Tym bardziej, jeśli tak jak w przypadku Briggs, towarzyszą im dobre melodie. Te proponowane przez artystkę są kolażem alternatywnych popowo-rockowych i elektronicznych brzmień.
Piosenka River, która otwiera sześciotrackową epkę, jest największym przebojem w krótkiej karierze wokalistki. Być może trafiliście na nią oglądając jakiś zagraniczny serial. Utwór pokazuje nam dwie strony osobowości Bishop – raz delikatną, uległą, innym razem (w kapitalnym refrenie) silną i… agresywną. Mieszanka wybuchowa, która przełożyła się na jedną z najlepszych kompozycji na mini albumie. Zmienność jest także wyczuwalna w bardziej elektronicznym, choć niepozbawionym akustycznych elementów Dark Side. Ponownie spokojniejsze zwrotki prowadzą nas do konkretnego, niemalże wykrzyczanego refrenu, w którym – pod koniec numeru – do Briggs dołącza chórek. W subtelniejszej, kobiecej i bardziej soulującej wersji towarzyszy on Brytyjce w The Way I Do, w interesujący sposób przenikając się z jej nadzwyczaj mocnym wokalem.
Drugą połowę epki zdecydowanie wygrywa Wild Horses. Bishop trzyma tym razem swój głos na wodzy, zaczynając śpiewać w towarzystwie gitary akustycznej. Postawienie na prostotę nie byłoby jednak w jej stylu, i już po chwili kawałek się rozkręca, prowadząc nas do refrenu – lirycznie prostego i mało pomysłowego, ale za to opartego na zabawnym, ciekawym, plumkającym hooku. W spokojniejsze tony uderza mroczniejsze, przepełnione tajemniczą atmosferą Dead Man’s Arms. Krótki zbiór piosenek zamyka porywające, ponownie angażujące chórek The Fire.
Zastanawiam się, czy Bishop Briggs nie mogła od razu porwać się na wydanie debiutanckiej płyty. W Internecie znaleźć można kilka jej dodatkowych piosenek (m.in. Hi-Lo (Hollow), Pray (Empty Gun) i wspominane Be Your Love), wystarczyłoby dograć ze dwie-trzy i voilà. To mógłby być najlepszy płytowy debiut tego roku. Mam nadzieję, że artystka nie powtórzy historii Sky Ferreiry, która nie mogła doprosić się wydania swego pierwszego albumu. Szkoda by było, bo Bishop jest unikalna. Niesamowicie pewna siebie. Wiedząca dokładnie, jaki efekt chce w swoich utworach osiągnąć. Lubiąca eksperymenty, ale przeprowadzająca je z głową. Jej muzykę polecam fanom niepokornych kobiecych wokali. Jeśli zastanawiacie się, co do cholery dzieje się z Lorde, swoją uwagę przerzućcie na Sarah.

