Site icon All About Music

Bezpieczny crowdsurfing i zwisanie z sufitu. Frank Carter & The Rattlesnakes wystąpili w Warszawie

Są koncerty, które pamięta się niekoniecznie ze względu na muzykę, ale raczej z powodu panującej na nich atmosfery. Na liście takich koncertów zapisuje się występ Franka Cartera i jego Rattlesnakes w warszawskiej Hydrozagadce.

Na wstępie musicie wiedzieć, że nie byłam na żadnym koncercie prawie od miesiąca, co jest dla mnie bardzo długą, zdecydowanie za długą przerwą od muzyki na żywo. W takich sytuacjach zwykle od momentu wejścia do klubu jestem spragniona wrażeń i zachwycona wszystkim, co się dzieje, a moja twarz przypomina emotikonę z sercami zamiast oczu. Mimo to postaram się z całych sił być obiektywna.

Koncert Franka Cartera & The Rattlesnakes odbył się 1 kwietnia w Hydrozagadce, jednym z moich ulubionych warszawskich klubów reprezentujących kulturę alternatywną. Sala zapełniała się raczej powoli, co dało mi sporo czasu na podziwianie neonowego oświetlenia klubu, które za każdym razem robi na mnie wrażenie. O godzinie 20:00 na scenie pojawił się jedyny support: The Pearl Harts, rockowe duo z Londynu, dwie dziewczyny z identycznymi grzywkami i mocną, punkową energią. Ich debiutancki album Glitter and Spit ukazał się w zeszłym roku i na pewno spodoba się fanom The Regrettes czy Marmozets.

Frank Carter z zespołem wszedł na scenę punktualnie o 20:00, i w tym momencie Hydrozagadka była już prawie pełna – koncert nie był wprawdzie wyprzedany, ale żywiołowość publiczności rekompensowała to z nawiązką. Muzycy rozpoczęli show od mocnego, prawdopodobnie najmocniejszego uderzenia – singla Crowbar, promującego nadchodzący album End of Suffering (premiera już 3 maja!). Publiczność oczywiście nie mogła stać w miejscu, tworząc ogromny mosh pit obejmujący cały środek sali, przepychając nieco spokojniejszych uczestników koncertu pod ściany. Już wtedy zdałam sobie sprawę, że stabilne nagrywanie filmików będzie bardzo utrudnione, a może wręcz niemożliwe. Przetrwałam jednak Crowbar, a potem postanowiłam sobie odpuścić filmowanie – z małymi wyjątkami.

Już podczas drugiego utworu Frank Carter dał się ponieść tłumowi i zawisł na jednej ze stalowych belek podtrzymujących oświetlenie pod sufitem. W ten sposób wykonał całą piosenkę, a jego wokal naprawdę niewiele na tym stracił. Muzyk okazał publiczności ogromne zaufanie, pozwalając uniesionym rękom odnieść się z powrotem na scenę. Carter dużo uwagi poświęcał bezpieczeństwu zgromadzonych fanów – kiedy podczas mosha ktoś zgubił okulary, wokalista przestał grać, kazał wszystkim się zatrzymać i pomóc szukać zguby. Okulary, na szczęście, znalazły się! Ponieważ Hydrozagadka jest małym klubem, Frank odradzał crowdsurfing w stronę sceny, polecając z kolei unoszenie się na fali po kole.

Jednym z moich ulubionych momentów koncertu był utwór Heartbreaker, który Frank zadedykował wszystkim kobietom. Frank zasugerował utworzenie wyłącznie damskiego mosh pitu, prosząc zgromadzonych mężczyzn o dbanie o bezpieczeństwo i dobre samopoczucie płci żeńskiej podczas koncertu. Ubolewam nad tym, że słodki, a jednocześnie zadziorny utwór Heartbreaker nie został jeszcze wydany i mogę posłuchać go jedynie na nagraniach live. Mocnym punktem był również najnowszy utwór zespołu, Anxiety. Carter poprzedził go szczerą, chwytającą za serce opowieścią o własnych problemach ze zdrowiem psychicznym oraz garścią informacji o tym, jak możemy pomagać bliskim zmagającym się z podobnymi demonami. Kiedy Frank mówił, publiczność milczała, aby następnie wybuchnąć ogłuszającym aplauzem. Chociaż nowy utwór w dniu koncertu nie miał jeszcze nawet tygodnia, prawie wszyscy znali tekst.

Resztę koncertu oglądałam już spod ściany w innej części klubu, gdzie można było oddychać nieco spokojniej, a ryzyko dostania w głowę butelką z piwem było nieco mniejsze. Znakomicie wypadł utwór Lullaby, a starsze, ostre Juggernaut Frank zadedykował swojej mamie oraz wszystkim innym mamom (dedykacja nie ma nic wspólnego z tekstem utworu). Koncert zamknęło idealne do wspólnego śpiewania, pełne złości I Hate You, które Carter przewrotnie przedstawił jako piosenkę o miłości. W tym przypadku I hate you and I wish you were dead wykrzykiwał cały klub, każdy z myślą o tej jednej jedynej osobie.

Fakt, że zapamiętam ten koncert raczej ze względu na atmosferę, a nie muzykę nie znaczy, że z brzmieniem Franka Cartera & The Rattlesnakes było coś nie tak. Ostrzejsze, punkowe rytmy, którymi charakteryzowała się twórczość muzyka z czasów zespołu Gallows przebijały się w praktycznie każdym utworze. Jak na koncert w małym klubie, jakość dźwięku była bardzo dobra. Największe wrażenie zrobiło jednak na mnie zaangażowanie samego Franka Cartera: w to, aby publika bawiła się jak najlepiej i jak najbezpieczniej, oraz w to, aby trafiły do nas przesłania, które skrywają jego utwory.

Exit mobile version