Site icon All About Music

Beth Hart – War In My Mind (2019), recenzja Adrianny Małolepszy

Beth Hart udostępniła nam ostatnio swój nowy album. Czy warto po niego sięgnąć?

Jeśli choć raz słyszeliście głos Beth Hart, istnieje ogromna szansa, że poznacie go wszędzie. Głęboki, mocny wokal i charakterystyczna chrypa idealnie pasują do rockowo-bluesowej stylistyki, w której artystka czuje się jak ryba w wodzie.
Po kolejnej już płycie, nagranej wspólnie z wykonawcą i gitarzystą bluesowym Joe Bonamassą, Hart przedstawia solowy materiał. War In My Mind nie jest jednak do końca tym czego oczekiwałam.

Pomimo, że teksty są niesamowicie osobiste, świetnie napisane i same w sobie mają ogromny ładunek emocjonalny, to niestety nie są w stanie wywrzeć na słuchaczu tak dużego wrażenia jak powinny. Może jest to kwestia kiepskiej produkcji, która wyprała większość utworów ze znacznej części cennych emocji, a może też tego, że Beth poza rockiem i bluesem próbowała na jednym krążku połączyć zbyt wiele elementów. Mamy trochę jazzu, gospel, a nawet rytmy hiszpańskie. Pojedynczo większość piosenek obroniłaby się, ale niestety wspólnie nie udało się ich zaserwować w odpowiedni sposób.
Koniec końców zamiast wzmocnić efekt na płycie, która miała przecież być tą najszczerszą w dorobku artystki, wiele jej odebrano.

spotify:track:0D123zNFzYdUfmKo8n1ccY

Przekombinowanym podkładem „zamordowano” choćby tytułowe War In My Mind, którego warstwa liryczna zdecydowanie pozwalała na to by, przy odpowiednim potraktowaniu go od strony produkcyjnej, utwór stał się jednym z najważniejszych na wydawnictwie.
Na tym nie koniec. Kolejną ofiarą jest Sugar Shack. Z potencjalnie energetycznego numeru z kopniakiem, całkowicie spuszczono powietrze wygładzając do granic gitary i bębny.
Niestety mgła produkcyjnych błędów wisi nad ogółem albumu zdecydowanie zmniejszając jego siłę rażenia i wpływając negatywnie na odbiór.

W całym tym bałaganie znalazło się jednak też parę piosenek, którym nic nie zaszkodziło. Mowa o nietuzinkowym Let It Grow z elementami gospelowymi niosącym za sobą nadzieję, jak i świetnej jazzowej balladzie zbudowanej na pianinie i genialnym, charakterystycznym wokalu – Without Words In The Way. Oparły się one wszystkim przeciwnościom i lśnią własnym światłem ratując sytuację.

spotify:track:7hALeyzWE3u6nFui8wXZQP
spotify:track:31VecF62DXfbOlOht1OUD8

Ale jest jeszcze jeden utwór. Utwór, za sprawą którego warto sięgnąć po War In My Mind nie zważając na negatywne opinie, choćby nie wiem ile ich było. Rub Me For Luck.
Tutaj zagrało absolutnie wszystko. Od tekstu, przez wokal, produkcję i podkład. Niesamowity, mroczny klimat i napięcie budowane i utrzymane idealnie przez całą długość trwania numeru to prawdziwy majstersztyk. Utwór przywołuje mi na myśl topowe kompozycje promujące filmy o Jamesie Bondzie.
Jest nie tylko najlepszy na płycie, zostawiając resztę daleko w tyle, ale też jeden z najlepszych w całym dorobku Beth Hart.

spotify:track:36c8ctmHpO3o1BF5ky9CNu

Pomimo kilku naprawdę dobrych momentów, a jednym wręcz genialnym, War In My Mind pozostawia po sobie spory niedosyt. Album ma niestety wady, których nie sposób nie zauważyć. Radzę Wam jednak, jeżeli nie chcecie słuchać go w całości, zapoznajcie się choćby i tylko ze wspomnianym Rub Me For Luck. Dla niego warto.

Exit mobile version