Site icon All About Music

BeMy – Grizzlin’ (2016), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

Na debiutancką płytę zespołu BeMy przyszło czekać kilka lat. Po ich uczestnictwie w 6. edycji Must Be The Music, przez chwilę było o nich głośno. W tym czasie zdążyli pokazać się na eliminacjach do Festiwalu Woodstock 2014 . Jednak cały czas brakowało w muzyce miejsca na ich długogrający krążek. W końcu dziś nadszedł dzień, kiedy możemy usłyszeć Grizzlin’.

Płytę rozpoczyna singlowe Time. Kompozycja zbudowana bardzo prosto. Na początku pojawiają się zaledwie pojedyncze, nadające rytm i tempo piosenki dźwięki gitary, do której kilka sekund później dołącza nieskomplikowana perkusja. Charakter utworowi nadaje wokal Mattia’i, aczkolwiek brakuje w nim momentu kulminacji. Zaraz po Time słyszymy tytułowe Grizzlin’. Kompozycja napędzana przez perkusję, idealnie oddająca charakter indie rocka, a momentami wydaje mi się, zahaczająca o delikatną psychodelikę, którą słychać w wokalu. Nawet z natury denerwujące chórki „uuuu” wydają się pasować do całości. W Black Swan od samego początku na pierwszy plan wysuwa się przyjemna gitara. Kompozycja bardzo melodyjna, która najbardziej kojarzy mi się z pierwszymi utworami BeMy, z jakimi miałam okazję się spotkać. Wraca w niej to beztroskie szaleństwo, które zespół prezentował na początku swojej drogi.

Oxygene znów prezentuje sedno indie rocka. Dobrym zabiegiem jest oparcie pierwszej minuty utworu wyłącznie na melodii wypływającej z wokalu, z małym wspomaganiem gitary. Kompozycja  wolniejsza od swojej poprzedniczki. Jednak w końcowym refrenie oraz bridge’u możemy usłyszeć trochę więcej mocy. Utwór, szczególnie od strony wokalnej, kojarzy mi się z twórczością The 1975. Half Of My Body jest najbardziej wyróżniającym się utworem, który znalazł się na Grizzlin’. Delikatne dźwięki gitary, również spokojniejszy wokal. Aczkolwiek w połowie nabiera trochę więcej charakteru i siły. Tutaj nie pojawia się już młodzieńcze szaleństwo, a większa dojrzałość muzyczna. W połowie płyty docieramy do utworu Playard. Mimo tego, że jego tempo jest zdecydowanie szybsze niż w Half Of My Body, to kompozycje mają jedną wspólną cechę – wokal Mattia’i nie jest w nim tak krzykliwy jak w pozostałych utworach. Tekst piosenki jest dokładnie tym, co słychać w większości kompozycji BeMy –

We all want to be kids again.

Getaway powraca muzycznie do pierwszej części płyty. Utwór przyjemny, a poprzez dźwięki gitary w refrenie kojarzący się właśnie z tytułową ucieczką w świat ;) Najlepiej wypada tu jednak bridge, który na moment zmienia tempo piosenki.

W Tiny Closet po raz kolejny twórczość BeMy zbiega się z The 1975. Utwór przybiera różne barwy. Z początku spokojny i delikatny, w późniejszej fazie nabiera zarówno większego tempa i staje się zdecydowanie głośniejszy i bardziej wyraźny. Podoba mi się w nim w końcu mocny, ale nie przekrzyczany wokal. Forgive Me Women zaskakuje gitara pojawiająca się pomiędzy zwrotkami, a w kolejnych minutach nawet całkiem ciekawa również gitarowa solówka. Kompozycja jest typową balladą, jednak wydaje mi się, że pojawia się w niej delikatny przerost formy nad treścią i nieszczególnie pasuje do całości płyty. Dwa ostatnie utwory Islands oraz Let The Sun są tymi utworami, dzięki którym kilka lat temu usłyszałam o BeMy. W tej dwójce zdecydowanym faworytem jest Let The Sun, które brzmi o wiele lepiej w nowej aranżacji. Na sam koniec pojawia się jeszcze spokojne Lifeless pochodzące jakby rodem z wyspiarskiego grania.

Debiut BeMy można zaliczyć do tych udanych. Mimo, że na płytę trzeba było poczekać kilka lat, myślę, że było warto. Płyta jako całość jest kwintesencją indie rocka z pojawiającymi się momentami lepszymi momentami czysto rockowymi, a czasami popowymi. Jednak jeśli bracia Mattia i Elie wraz z Konradem i Wojtkiem będą nadal iść w tym kierunku, to już niedługo ich utwory usłyszmy w niejednej radiostacji.

Exit mobile version