Pomimo, że dopiero teraz wydała debiutancki album, to na rynku muzycznym obecna jest już od dobrych kilku lat. Urodzona w Brooklynie artystka stoi między innymi za hitem „The Monster” oraz za wieloma utworami, np. Seleny Gomez i Iggy Azalei. Obdarzona charakterystycznym głosem wokalistka odnotowała już współpracę m.in. z Martinem Garrixem i G-Eazy’m. Po ogromnym, światowym sukcesie singla „Meant To Be”, zostało zapowiedziane jej pierwsze muzyczne dziecko. Oto jest – recenzja Bebe Rexhy i jej „Expectations”.
Przed finalnym wydaniem pierwszego studyjnego albumu Bebe Rexhy, światło dzienne ujrzały dwa mini albumy, a w sumie trzy (bo oprócz All Your Fault Pt. I i Pt. II, kilka lat temu wyszło jeszcze zapomniane I Don’t Wanna Grow Up). Dwie ostatnie EPki (pierwsza to zupełnie inna kategoria) miały mianownik wspólny – brak spójności, pomysłu na siebie i sięganie do każdego gatunku muzycznego, w którym być może wokalistka by się odnalazła. Dlatego wcześniej było trochę tandetnego popu, trochę country i rapu i minimalna ilość inspiracji z trapu, który ostatnio przemknął do komercyjnej muzyki.
Pierwsze muzyczne dziecko od wokalistki nie tylko pokazuje jej świadomość i dojrzałość artystyczną, ale przede wszystkim postęp, jaki zrobiła od pierwszego mini-albumu. Tutaj Bebe jest autentyczna i to słychać od otwierającego Ferrari aż do zamykającego Meant To Be. Liryka jest jej, wyraża ją i określa, a dość mroczna i przytłaczająca produkcja dodaje smaczku oraz podkręca całą atmosferę.
Próżno szukać tu hitów, choć Bebe w swojej karierze napisała już kilka dla innych artystów i siebie. Co tylko pokazuje, że może dla wytwórni liczą się słupki sprzedaży, ale dla Rexhy w większym lub mniejszym stopniu obojętnym jest czy dany singiel przyjmie się w rozgłośniach radiowych. Dziś muzyka sama w sobie się nie broni i często trzeba iść na ustępstwa. Tu ich nie ma. Świadoma swoich możliwości artystka postawiła na piedestale wysoki poziom reprezentowanego materiału i całościowe wyrażenie siebie, na rzecz komercyjnego sukcesu. Dlatego jestem w stanie zrozumieć nawet marketingowe posunięcie i dodanie Meant To Be i I Got You na Expectations.
W większości kompozycji, przynajmniej na początku, całą rytmikę wyznaczają przede wszystkim dźwięki gitary klasycznej, a później linia melodyjna nabiera rozpędu i barw. Kolejno nakładające się partie muzyczne pozwalają trzymać album w ryzach, jednocześnie pozwalając mu na bezpieczne zróżnicowanie pomiędzy utworami. Nie ma nudy, ale jest spójność. Wśród tych zachowawczych, odważnych i przymroczonych melodii, głos Bebe (pozbawiony wszelkiego autotune’a) wypada czysto. Dziewczyna w końcu trafiła na osoby, które w pełni potrafiłyby ją wyrazić i namacalnie czuć, jak zaczerpnęła inspiracje z utworów wydanych na początku kariery. W takiej odsłonie jak Knees, I’m a Mess czy Ferrari chce się słuchać Bebe w nieskończoność.
Największy szum i kontrast robi taneczne Self Control, wydane kilka lat temu I Got You i lekko deep house’owe w refrenie Sad, w którym producenci zaszaleli i zrobili dość odważny krok, stawiając tak rytmiczną piosenkę pośrodku tracklisty. Zabieg opłacalny, bo później z nieco spokojniejszego Mine i Steady, przechodzimy do emocjonalnych ballad z przewagą instrumentów klasycznych w postaci Don’t Get Any Closer, Grace i Pillow.
Płyta jest dość surowa, choć czasami czuć wyraźną wielowymiarowość w prezentowanym materiale. Expectations to wydawnictwo, które nie tylko będzie królowało w kategorii najmocniejszych debiutów roku, ale także całościowo, pod kątem najlepszych płyt 2018 roku. Ten krążek jest dobrym, mocnym startem, którym Bebe będzie mogła chwalić się przez długie lata. Teraz jestem w stanie pełni zrozumieć dlaczego dwa zapowiadające mini-albumy nie były tak udane. Artystka szukała tam swojej drogi. Dziś prezentuje swoją najlepszą wersję.

