Site icon All About Music

Balthazar – Fever (2019), recenzja Weroniki Szymańskiej

Po czteroletniej przerwie, spowodowanej solowymi działalnościami członków zespołu, Balthazar wraca z kolejną płytą. Fever to album dojrzałych muzyków, którzy doskonale wiedzą, w którą stronę chcą podążać. A co to za kierunek…?

No właśnie. Tu napotykam pierwsze kłopoty, bo zdefiniować ten album gatunkowo nijak potrafię. Balthazar, to swego rodzaju marka. Trudno mi ich zaliczyć do konkretnych kierunków muzyki. Nie mam nawet pomysłu do kogo mogłabym ich ewentualnie przyrównać. Dość niewygodnie się też o takiej muzyce pisze. Wydaje mi się, że są to rzeczy, które po prostu trzeba posłuchać. Postaram się jednak trochę przybliżyć Wam Fever i zachęcić, abyście sami sięgnęli po ten krążek.

Otwiera go genialny, tytułowy utwór, nad którym już nie raz tu i ówdzie się rozpływałam. Według mnie wybranie Fever na pierwszy, promujący album, singiel to strzał w dziesiątkę! Prawdopodobnie gdyby nie ten kawałek, nigdy, albo przynajmniej długo jeszcze, z twórczością tej grupy bym się nie zapoznała. Jest to intrygująca kompozycja, zbudowana na chwytliwej gitarze, która niesamowicie mnie ujęła swoją prostotą i pewnym zagmatwaniem jednocześnie. Sprawiła, że mimo, iż nie zrozumiałam tego utworu za pierwszym razem, chciałam go słuchać jeszcze i jeszcze, aż w końcu przepadłam i zakochałam się w tej melodii.

Z singli, poza Fever, dostaliśmy też jeszcze bardziej taneczne i energetyczne Entertainment, chilloutowe I’m Never Gonna Let You Down Again i Wrong Vibration, do którego mam trochę obojętny stosunek. W tym zestawieniu Fever zdecydowanie góruje.

Kawałkiem, który depcze mojemu faworytowi po piętach, okazał się być schowany prawie na samym końcu albumu Roller Coaster. Kolejna świetnie zbudowana kompozycja, która zaczyna się dość niepozornie, jednak nagle na refrenie wchodzą takie skrzypce, że kawałek nabiera zupełnie nowego wydźwięku. Ja zaś, jako ogromna fanka wszelkich smyków jestem totalnie kupiona.

To właściwie dwa najmocniejsze punkty tej płyty, co jednak nie świadczy, że poza nimi Fever nie ma nic więcej do zaoferowania! Po prostu reszta kompozycji według mnie pozostaje troszkę w cieniu Roller Coastera i tytułowego Fever. Mimo to, wciąż mamy na tym, krążku dobre kawałki, które składają się na bardzo przyjemną płytę. Może ona posłużyć Wam jako soundtrack w niejednej sytuacji. U mnie jak na razie dobrze się sprawdza podczas wieczornego relaksu, w komunikacji miejskiej, w drodze na uczelnię, zwłaszcza przed jakimś egzaminem, ale wydaje mi się, że wrócę też do tej płyty w wakacje, smażąc się gdzieś na plaży.

Wśród pozostałych utworów, szczególnie ujęły mnie delikatnie płynące, bujające Wrong Faces, Phone Number, podczas którego Maarten czaruje swoim niskim, tajemniczym głosem i Grapefruit. Ten ostatni dodałabym nawet do top 3 kawałków z Fever. Ponownie, za świetną, rozbudowaną kompozycję z ciekawymi zwrotami akcji.

Na Fever znajdziecie zarówno wyjątkowe perełki, jak i spokojne momenty, przy których można sobie pochillować. Mnie ten album zauroczył swoimi nieoczywistymi kompozycjami i połączeniem instrumentariów. Z pozoru spokojne utwory, nagle są rozszerzane o świetne smyczki, bądź jakiegoś przyjemnego dęciaka i zaczynają nabierać zupełnie innych kształtów. Chwytają tym sposobem słuchacza za ucho i sprawiają, że chce się do tych kawałków wracać i odkrywać z każdym odsłuchem ich nowe warstwy. Zachęcam z głębi mojego muzycznego serca do przesłuchania Fever, najlepiej kilka razy, a przy okazji zapraszam na koncert, który odbędzie się już 1 marca w warszawskiej Proximie! Do zobaczenia! :)

Exit mobile version