Nie mam wątpliwości, że hiszpańskojęzyczni artyści tak samo poznali smak globalnej rozpoznawalności, co ich koledzy z Korei Południowej czy Japonii. Nie dziwi zatem fakt, że jedną z aktualnie największych gwiazd globu zdaje się być pewien młody i skromny Puertorykańczyk. Mowa o Bad Bunnym, którego imię zna chyba każdy fan muzyki, choć niekoniecznie z jego muzycznych dokonań. Co ma więc nam do zaoferowania poprzez swój czwarty solowy album Un Verano Sin Ti?
Absolutnie nie podejrzewałbym, że album z aż 23 (!!!) pełnoprawnymi utworami na trackliście, może stać na całkiem przyzwoitym poziomie, a jednak. Tym bardziej byłem zaskoczony, mając w pamięci dokonania Pana Drake’a, którego albumom bliżej raczej do świata biznesu, niż do świata sztuki. Dlatego z miłym, choć umiarkowanym entuzjazmem chłonąłem to, co przygotował dla mnie oraz swoich wielbicieli Bad Bunny.
Un Verano Sin Ti to album dobry, który jest pod każdym możliwym względem poprawny, co przekłada się na jego przystępność w odbiorze. Jednak czy potrzebuje tak ogromnej liczby utworów na nim zgromadzonych? Na pewno nie, jednak nie ma co się oszukiwać, ale Bad Bunny to wykapany artysta ery streamingu, którego zadaniem jest przede wszystkim wpisać się wymagania algorytmu. Niemniej, Un Verano Sin Ti nie tylko spełnia oczekiwania rynku, ale uda mu się przyciągnąć mnie swoją prostą koncepcją.
Un Verano Sin Ti to idealne skrojona po wakacyjny czas playlista, która umili Wam poranne wstawianie, popołudniowe lenistwo i wieczorne imprezowanie w gronie znajomych. Bad Bunny konsekwentnie trzyma się swojego stylu, czyli połączenia reggeatonu, hip-hopu, popu i wszystkiego co kojarzy się terenami Ameryki Południowej. Melodie są cudownie ciepłe, nie pozwalając sobie na pomylenie ich z żadnym innym kierunkiem muzycznych wojaży. Choć podróż ta trwała ponad 80 minut, tak uprzyjemniła moją zwykłą codzienność o coś naprawdę przyjemnego i energetycznego.
Z drugiej jednak strony, przy aż 23 kompozycjach nie było możliwym uchronić Un Verano Sin Ti przed recyklingiem samych melodii, nie mając w zanadrzu wystarczającej liczby pomysłów. Dlatego otrzymując skromny i dość przewidywalny zestaw latynoskich tropów, ekipa Bad Bunny’ego musiała nadrobić jakością tych produkcji, co im się udało. Na dodatek, Puertorykańczyk praktycznie samodzielnie napisał teksty do wszystkich swoich numerów, co staje się coraz większą rzadkością w przypadku największych gwiazd przemysłu muzycznego. Jestem pod wrażeniem decyzji Bad Bunny’ego, tym bardziej, że jego teksty są naprawdę w porządku.
Gdybym mógł, to na Un Verano Sin Ti umieściłbym tylko dziesięć numerów, które w moim mniemaniu stanowią to, co Bad Bunny’nemu udało się najbardziej. Wśród nich wymieniłbym Después De La Playa, Tití Me Preguntó, Yo No Soy Celoso, Tarot, Party, Aguacero, Ojitos Lindos, El Apagón, Andrea oraz Me Fui de Vacaciones. Nie byłbym jednak sobą, nie wymieniając swoich ulubieńców. Gdyby Un Verano Sin Ti chociażby w połowie miało tyle kreatywności co El Apagón, album ten mógłby tylko zyskać na swojej niesamowitości. Podobne odczucia mam wobec Después De La Playa, który cudownie bawi swoją wręcz dziką melodią. Uwielbiam też delikatne i dość spokojne Me Fui de Vacaciones – leniwy poranek na plaży po grubej bibie, z szansą na obejrzenie cudownego wschodu słońca. Polecam Wam również Party oraz Ojitos Lindos, cudownie uwodzące mnie soczystymi rytmami oraz kobiecymi głosami Eleny Rose oraz Bomby Estéreo.
Nie jestem fanem twórczości Bad Bunny’ego i zapewne jego muzyka nawet nie jest tworzona z myślą o słuchaczu takim jak ja. Niemniej, Un Verano Sin Ti to solidny, choć niepotrzebnie rozwleczony album, który sprawił mi całkiem sporo przyjemności. Jeśli marzycie o tym, aby poczuć się jak na najwspanialszych wakacjach życia, to album Bad Bunny’ego powstał właśnie dla Was. Miłego wypoczynku w Peurto Rico!

