Site icon All About Music

Avril Lavigne – Avril Lavigne (2013), recenzja Filipa Wiącka

Pisząc tę recenzję, zaznaczam już na samym początku: nie przepadam za Avril Lavigne. Samej jej osoby oceniać nie będę. Jeśli kobieta nie chce dorastać i na siłę próbuje się odmłodzić – ok, nic mi do tego. Jednak muzyki przez nią granej strawić nie mogę. Avril jako buntowniczka z gitarą sprawdzała się 10 lat temu. Dziś wypada jednak bardzo nieszczerze i słabo. Te dwa negatywne określenia idealnie opisują album Avril Lavigne.

W całości właściwie żadna z płyt Avril Lavigne nie przypadła mi do gustu. Oprócz może całkiem niezłego Under My Skin. Album brzmi wyniośle, momentami nieco sztucznie, ale jako całość to dobra, ponura muzyka. A za Take Me Away oraz Forgotten należy jej się medal. A co z resztą? Let Go to ogromne rozczarowanie – mimo dwóch fantastycznych singli (I’m With You, Losing Grip) i świetnego Unwanted usnąć przy nim można. Momentami bardzo raziły też fałsze wokalistki. Podobnie zresztą na Goodbye Lullaby. Na tej płycie postawiła natomiast na spokojniejsze utwory. Pogodne, przyjemne i… niewywołujące (poza Everybody Hurts) żadnych emocji. Samą siebie Lavigne przeszła jednak na The Best Damn Thing. Poza trzema pięknymi balladami ten twór muzykopodobny to różowe piekło. Przesłodzone do bólu melodyjki, idiotyczne teksty i słaba forma wokalna Avril – to wszystko przełożyło się na porażkę. A jak jest na Avril Lavigne?

Kilka miesięcy temu pojawił się pierwszy singiel z płyty. Here’s to Never Growing Up – już nawet z samym tytułem trafiła w dziesiątkę. Wokalistka nie dorasta, nie dopuszcza do siebie żadnych zmian. Singiel jest słaby, bardzo wtórny. Podobnie zresztą jak nieco bardziej energiczne Rock N Roll. Ostatecznie jednak postawiłbym na drugi utwór promujący wydawnictwo. Łatwiej wpada w ucho. Zbawieniem okazał się trzeci singiel z albumu. Balladę Let Me Go piosenkarka nagrała ze swoim mężem – Chadem Kroegerem (Nickelback). Choć to właśnie on w utworze bardziej mi się podoba, to uważam, że całość to piękna, delikatna kompozycja z emocjonalnym, świetnym refrenem.

Niestety – oprócz Let Me Go spodobały mi się raptem trzy, no może cztery, piosenki. W tym dwie inne ballady: Give You What You Like, a także Hush Hush. To dwie najdelikatniejsze pozycje na Avril Lavigne. W pierwszej wokalistka brzmi obłędnie. Dawno tak wspaniale nie śpiewała. Przypomina nieco Taylor Momsen z zespołu The Pretty Reckless. Z kolei Hush Hush z całej płyty wywołuje najwięcej emocji. Jak widać – wystarczy prosty akompaniament pianina. Jednak najbardziej uwielbiam Bad Girl. Odkąd tylko opublikowano tracklistę albumu w sieci, wiedziałem, że piosenka będzie co najmniej dobra. Gościnnie pojawił się w niej Marilyn Manson. Przyznam, że przyjęcie przez niego zaproszenia od Avril było niemałym zaskoczeniem. W Bad Girl połączyli elementy słodkiej Lavigne oraz ostrego, bezkompromisowego Mansona. Efekt? Energetyczny, wpadający w ucho kawałek z rewelacyjnymi partiami Marilyna. Oprócz tych trzech piosenek dałbym szansę Falling Free. To ładna, akustyczna ballada. Emocji jednak nie wywołuje żadnych. Równie dobrze mogłaby znaleźć się na Goodbye Lullaby.

Reszta jest słaba. Mam wrażenie, że w tych piosenkach współczynnik kreatywności przyjmuje wartość ujemną. Podobne utwory słyszeliśmy setki, jak nie tysiące razy. Melodie są często toporne i nijakie. Wokalnie numery też nie powalają. A tekstowo? Raz słyszymy, jak to się Avril świetnie bawi, że woli jeansy od make-upu, jaka to ona zła nie jest. No i trochę (za dużo) o miłości (17, Falling Fast, Let Me Go). Jakieś innowacje? Owszem, mamy tu jedną. Obok więc nudnego 17 czy irytującego You Ain’t Seen Nothing Yet otrzymujemy utwór Hello Kitty, który pretenduje do miana najgorszego w 2013 roku. Zaczyna się podobnie jak inne piosenki na płycie – przebojowo, choć nieinteresująco. W refrenie dochodzą jednak tragiczne, dubstepowe dźwięki. W rezultacie Hello Kitty brzmi jak niedorobione demo wrzucone na krążek przypadkiem. Oby tylko nie poszła w tym kierunku przy kolejnych nagraniach.

Zostawmy całe płyty – Avril ma koncie kilka niesamowitych (wypadki przy pracy?) utworów: fenomenalne, mocne Losing Grip oraz Take Me Away, cudne ballady Innocence, When You’re Gone czy I’m With You, a także genialne, tajemnicze Alice. Czy na Avril Lavigne znalazłem ich następców? Niestety nie. Szybkie kawałki (poza Bad Girl) zawodzą. Nieco lepiej przedstawiają się ballady – Let Me Go, Give You What You Like oraz Hush Hush są naprawdę udane. Jednak cztery na trzynaście kawałków to dość mała liczba. A gdy obok nich dostajemy nudne, szablonowe, wtórne, głupiutkie piosenki (nie wspominając o potwornym Hello Kitty), pozytywnej oceny nawet mimo sporych chęci wystawić nie można. Oj, niedobrze Avril, nie tego oczekiwałem.

Exit mobile version